listopad 2001

„ Bajka o walecznym rycerzu i niezbyt pięknej ale zawsze, królewnie ”

30 listopada 2001
Za siedmioma górami, siedmioma morzami, siedmioma...kurka wodna, co za bzdurny i bezsensowny początek bajki... nie, zacznijmy jeszcze raz...
Dawno , dawno temu...nie...to też beznadziejne...
No dobra, w każdym razie w królestwie, którego nawet nigdy nie było na żadnej
mapie żył sobie pewien waleczny rycerz „ Sir Zawszerwącysiędowalki Nietylkozesmokami”
Posiadał przepiękne włości gdzieś na wsi, które aktualnie niestety były strasznie zaniedbane, gdyż rycerz ów rzadko bywał w domu z powodu swego porywczego charakteru i niezaspokojonej chęci uganiania się za sławą i smokami. Pamiętały one jednak czasy świetności praprzodka Zawszerwącegosię..., który to przodek trzymał dwór mocna ręką i był panem co się zowie...Teraz jednak dwór był ruiną i cud że jeszcze nie zagnieździły się na nim jakoweś duchy praprzodków, przewracających się w rodzinnych katakumbach, widząc co porobiło się z ich dziedzictwem...
Oprócz rycerza, zamek zamieszkiwały stada pająków i ptaków, które to stworzenia upodobały sobie to ciche i spokojne miejsce, na swój dom.
Zawszerwącysiędowalki, był strasznym przeciwnikiem, który wszędzie węszył możliwość stoczenia walki. Na jego nieszczęście od dawien dawna nikt w okolicy z nim nie chciał już zadzierać. Powodem było to, iż ów rycerz nie zawsze stosował reguły fair play w potyczkach jakie staczał... Hołdował bowiem zasadzie iż wszystkie drogi prowadza do Rzymu, a co za tym idzie, każdy fortel jest dobry by odnieść zwycięstwo.... Miał też w zanadrzu straszliwa broń zaczepno - dyskwalifikującą przeciwnika, której używał niespodziewanie, aczkolwiek z premedytacją.
Był to sławetny krupniczek babci Jagienki, którym to krupniczkiem obrzucał Bogu ducha winnego przeciwnika, a ten zaskoczony i otumaniony, dawał się szybko pokonać... pomijam fakt, że wyżej wspomniany krupniczek był wyjątkowo niskiej jakości spożywczej, ale za to był bardzo wysoko notowany jako uniwersalna broń pomagająca niezbyt uczciwie pokonać wroga, jakikolwiek by on nie był.
Używanie tej broni nie było co prawda czynem godnym rycerza, ale cóż, i wśród rycerzy zdarzały się czarne owce i charaktery...Oczywiście Zawszerwącysiędowalki itd. nie unikał walki wręcz z przeciwnikiem, a wręcz oną uwielbiał.
W tym właśnie momencie zastajemy wyjątkowo rycerza w zamku, albowiem właśnie znajduje się w czasie pomiędzy zakończoną szczęśliwie, dla niego oczywiście, walką, a szukaniem zaczepki do odbycia następnej.
Gdy Zawszerwący itd. czekał na podanie wczesnej kolacji, składającej się z dwóch udźców baranich, czterech przepiórek, kilku bochenków chleba i butelek wina, obmyślał plan następnej wyprawy w poszukiwaniu wrażeń. Kontemplował sobie widok rozpościerający się za oknem, gdy coś go zastanowiło.
Patrzył tępo przed siebie i patrzył i nie mógł zrozumieć co dziwnego widzi... . Wtem dotarło do niego, że zastanowiły go kłęby dymu unoszące się nad niedalekim pagórkiem, to nie był widok codzienny, więc go troszkę zaintrygował. Podszedł bliżej okna i zaczął się przyglądać uważniej.
- ktoś nadaje wiadomość sygnałami dymnymi - skontatowal.
- trzebaby to szybko rozszyfrować .
Rozszyfrowanie sygnałów dymnych dla rycerza takiego jak on było istną pestką, albowiem już w dzieciństwie ze swymi towarzyszami bawił się w indian, a wiadomo, że umiejętność czytania sygnałów dymnych jest dla każdego szanującego się indianina sprawą wielkiej wagi.
Zastanowił się chwilkę nad sposobem utrwalenia tego co zaraz odczyta, chwycił w dłoń mały sztylet, wyciągnięty zza pasa, a z którym to sztyletem nie rozstawał się nawet podczas snu, i zaczął ryć odczytywaną wiadomość we framudze okna, z braku jakiegokolwiek innego poręczniejszego mebla.
Kiedy sygnały zaczęły się powtarzać spojrzał i przeczytał:

„ Help ! Stop Hilfe! Stop Pomocy! Stop Czy ktokolwiek mógłby Stop mnie wybawić !?!?!? Stop
Dziewica Stop z wieży Stop .”

Zamyślił się głęboko...oparł się o jakieś zakurzone dzieło sztuki w postaci rzeźby, które plątały się tu i ówdzie, po całym zamku, zaśmiecając go jeszcze bardziej, o ile to „jeszcze bardziej” było jeszcze w ogóle możliwe...
- No tak ... jak dziewica, to trzeba biec na ratunek... No jak nie dziewica, to też niby trzeba, ale w tym wypadku trzeba bardziej...
i jak pomyślał tak zrobił, ale nie od razu, bowiem nie lubił nigdzie się ruszać o pustym żołądku.
Dosiadł po obfitej kolacji swego rączego rumaka i pognał w kierunku skąd ulatywały w niebo jeszcze resztki kłębów dymu, coraz mniej widoczne.
Jechał i jechał i jechał i wciąż jechał, aż w końcu dojechał do rozstajów dróg.... Tu przystanął na chwilkę i zastanowił się.
-...trzeba się kogoś tutejszego spytać gdzie mieszka ta dziewica z wieży, bo inaczej będę tak jechał i jech.. ee...no właśnie...w każdym razie długo, i jak dojadę to może już być za późno.
Rozglądał się wkoło, za jakimś osobnikiem, gdy dostrzegł młodzieńca pasącego gęsi pod lasem.
-ooo...o to właśnie chodziło.
Pogonił konia i zaraz znalazł się w pobliżu upatrzonego tubylca.
- hej! – krzyknął – nie wiesz gdzie tu mieszka jakaś dziewica w wieży? Lub ostatecznie gdzie tu w okolicy jest jakaś wieża?
Młodzieniec wstał i rozglądnął się.
- mnie pan pyta?
-a widzisz tu kogoś innego oprócz Ciebie?
- nie, ale pytam na wszelki wypadek... wieża mówi pan...wieża, niech pomyślę...
i zaczął myśleć. Po jakichś pięciu minutach pracy myślowej, a widać było, że dla niego jest to naprawdę ciężka praca, rozpromienił się i rzekł:
-hmm, jest tu taka jedna, troche zdemolowana wieża, tam za pagórkiem, tym na lewo, ale o dziewicy to nic nie wiem.
-nie szkodzi, w każdym razie dziękuje za wskazanie drogi – Zawszerwącysię..itd. popatrzył z powątpiewaniem na pastucha i podążył we wskazanym mu przez niego kierunku. „ Co za ignorant” – pomyślał.
Jadąc wyobrażał sobie jak też może wyglądać taka dziewica z wieży, czy jest podobna może do jego dalekiej kuzynki Pelagii, która to kuzynka była cudnej urody..., czy też może będzie podobna do jednej takiej dziewicy jaką widział w zamku Lisengor, kiedy przybył na turniej rycerski...ech...rozmarzył się Zawszerwącysię..itd.
Może już czas się ustatkować- pomyślał – taka okazja się trafia ostatnio coraz rzadziej...- albo dziewice się w końcu zestarzeją, albo ja już nie będę taki rycerski i waleczny...wszystko się może
zdarzyć – westchnął i pogonił konia.
Za wyżej wspomnianym pagórkiem na lewo, co go zdziwiło, faktycznie ujrzał nieco zdemolowaną, ale zawsze wieżę. Podjechał bliżej, zadarł głowę i w najwyższym oknie ujrzał kogoś.
Objechał budynek dookoła, bo jako rycerz w młodości odebrał, no może niekompletne, ale jakieś tam wychowanie i wiedział, że do księżniczki nie powinno się krzyczeć, a już na pewno nie z takiej odległości.
Stanął skonsternowany pod wysokimi drzwiami, bardzo wykwintnie rzeźbionymi i z okuciami, zsiadł z konia i spróbował otworzyć drzwi. Były zamknięte. Zapukał. Nic. Zapukał jeszcze raz, tym razem głośniej. Dalej nic.
Pomyślał chwilkę, załomotał baaardzo mocno i dopiero wtedy usłyszał jakiś ruch.
Poczekał aż ruch zejdzie na dół do niego, przeczekał jakieś machinacje pod drzwiami i wreszcie drzwi stały otworem. W drzwiach zobaczył dziewczynę urody takiej sobie przeciętnej, z długimi będącymi w nieładzie włosami barwy lnu, i ubraną w męski strój.
- Czego ? – odezwało się zjawisko.
Zawszerwącysię..itd. zaniemówił.
– no czego? – domagało się odpowiedzi.
- ykhm, hmm, no hmm...jakby tu powiedzieć, no, że ja w potrzebie, znaczy nie, dziewica w potrzebie i ja ze swoim koniem pędze zaspokoić potrzebę, tfu, znaczy uwolnić, uratować znaczy się z potrzeby... –
aż spocił się cały i zrobił czerwony z wysiłku przypominając sobie po co tu przyszedł, do kogo i z przerażeniem słuchając co wygaduje.
- hehehe – znaczy się, że co? Do dziewicy przyjechał Pan? Ratować?
- no właśnie, przepraszam bardzo, zacznijmy może jeszcze raz, jakby Pani była łaskawa zamknąć drzwi dobrze?
- rozumiem że z tamtej strony?
- ekhm, no tak.
Drzwi się zamknęły, Zawszerwącysię..itd. ochłonął troszkę i zapukał.
- Dzień dobry!- powiedział widząc swoją poprzednią rozmówczynię.
- Witam, witam...
- Jestem sir Zawszerwącysiędowalki Nietylkozesmokami, przybyłem wezwany sygnałami dymnymi, ktoś z wieży wzywał pomocy, konkretnie pewna mi nieznana dama, zresztą wzywała pomocy z nieznanej mi wieży, o Boże co ja wygaduje, tzn. chciałem powiedzieć, że nie wiem czy dobrze trafiłem....

cdn....

Virtual love...

29 listopada 2001
Poznałam Twoją duszę
przynajmniej na tyle, na ile mi pozwoliłeś...
Pokochałam to, czego nie mogłam zobaczyć
i może nigdy nie będzie mi dane...
Dzielę swój czas na chwile od - do spotkania z Tobą
virtualnie tylko
Każda litera wysłana przez Ciebie, choć ginie w morzu innych, podobnych
zapada głęboko w moje serce
Piszesz, że mnie przytulasz
nie czuję jednak Twych ramion na swoich...
Piszesz, że mnie całujesz
lecz moje usta spragnione Twoich nigdy pocałunku nie otrzymają...
Piszę, że się uśmiecham promiennie, lecz korowód łez spływa po twarzy,
a serce - kurczy się z tęsknoty...
Jesteś tak nieosiągalny, nierzeczywisty...
tak bliski
a jednocześnie
tak daleki
Tak łatwo Ci napisać "kochanie"
bo w tej chwili dla Ciebie to słowo złożone z kilku liter
a dla mnie już znaczy
poruszenie serca, wzruszenie do łez...
Nie wierzę że możesz kochać mnie...
Trwam więc w beznadziejności kochania mojego
i czekam aż napiszesz mi, że dobrze się bawiłeś - tylko bawiłeś...
bo na tym ta gra polega
sama siebie skazałam na taką miłość
lokując swoje uczucie w kimś...
kogo duszę znam tylko z widzenia...

smoczo - erotyczny sen.......

28 listopada 2001
Zasnełam i znalazłam się w swojej zwykłej postaci w lesie... ubrana
w jakąś czarną zwiewną sukienkę... troszeczkę prześwitującą...
wedrowałam sobie po lesie..., bardzo gęstym, ale jednocześnie jasno
oświetlonym ....nie byłam sama, tzn fizycznie tak, ale czułam intuicyjnie
czyjąś obecność...w gruncie rzeczy to czułam się tak jakby ktoś właśnie
mnie gdzieś prowadził...
Dotarłam na skraj polany, dosyć dużej, na środku której znajdowało się
sporych rozmiarów jezioro z wpływającym doń strumieniem tworzącym rodzaj
wodospadu...
Stałam, przed soba mając jakieś krzewy, które obficie obrastały skraj
tej polany...i nie mogłam się ruszyć. Przyglądałam się tafli jeziora.
Wtedy zobaczyłam smoka... zielonego oczywiście i w pewnym sensie hmm...
nie pamietam jak wygladał...w każdym razie czułam jego ciepło...jego
piękno...i coś ...czego nie potrafiłam w pierwszej chwili określić...
tzn uczucie podniecenia na jego widok....
pluskał się w wodzie...ginął mi z oczu co chwile nurkując...i dobrze się
bawił...
Nagle znieruchomiał i zaczął intensywnie wciągać w nozdrza
powietrze...przestałam oddychać...
nie ze strachu...bo bardzo chciałam być z nim...dotknąć go...
ale zniknął...
Znalazłam się na brzegu...stojąc na trawie i troche w wodzie...widziałam
swoje stopy...i czulam ciepły, pieszczotliwy dotyk wilgoci z jeziora...
smoka już nigdzie nie było i nie czułam nawet już jego obecności..
tak jakby go w ogóle tu nie było...
Weszłam do wody...byłam naga...choć nie przypominam sobie żebym coś z
siebie zdejmowała...unosiłam się na wodzie...
a potem podpłynęłam do wodospadu...
stanęłam pod nim tak, że woda spływała kaskadami na moje cialo...
i poczułam że ktoś na mnie patrzy...ale to było przyjemne...
uczucie zainteresowania...i jakoś nie przejmowałam się tym...
potem położyłam się na plecach w trawie...pachniała czymś czego się nie da
określić...
nie pachniała jak trawa...ale jak coś gorącego i wilgotnego...
coś co podnieca i wywołuje uczucie rozkoszy...
w tym momencie poczułam czyjąś cielesną obecność...
nad soba...i obok siebie...
ale nie mogłam otworzyć oczu...
wtedy stałam się nagle z uczestnika tego spektaklu...widzem...choć czułam
wszystko co się ze mna dzieje...
zobaczyłam siebie naga, leżącą w trawie...i nademną pochylającego sie
smoka..., tego samego, którego wcześniej widziałam....przypatrywał mi
się...
potem ostrożnie wziął mnie w swoje łapy...poczułam to...jego
dotyk...chłodny i wilgotny ... i czułam że nic mi się nie stanie...byłam
bezpieczna... a jednocześnie bardzo pobudzona...
położył mnie sobie na rozpostartej dłoni (raczej łapie...)
a drugą zaczął delikatnie błądzić po całym moim ciele...
czułam to wszystko, każdy ruch jego palców...jego dotyk był przyjemny aż do
bólu...fizycznego bólu...
widziałam że jemu to też sprawia wielka przyjemność...
uśmiechał się choć tego nie widziałam ale wyczuwałam...
W tym momencie moim ciałem wstrząsnął dreszcz...uczucie,
że cos zawładnęło mną do końca... poruszając wszystkie nerwy....
czułam go w sobie choć we mnie nie był...
czułam jego dotyk...jego obecność we mnie głęboko...
i to powodowało że ból stawał się coraz większy...
ale to było jak narkotyk... ból, który się wciąż chce przeżywać...
i jeszcze raz... i jeszcze... i jeszcze...
i...
obudziłam się...

kot...

27 listopada 2001
... to jest takie stworzenie, bez którego nie mógłby się obyć świat...
...
jak wyglądałaby noc bez kocich łap
odciśniętych na jej aksamitnej czerni?

jaki kolor miałyby oczy nie będące kocimi?
świat bez możliwości zatonięcia w tych oczach,

o ile uboższy byłby dotyk bez miękkości kociego futra,

i nie byłoby tych wszystkich dla nas zakazanych, a tylko kotom wiadomych ścieżek
poprzecinanych licznymi smugami przejść w kolejne życia...

do Oddaj'a

26 listopada 2001
w związku z podejrzeniami jakobym nie chciała Cię zaprosić do siebie...

ogłaszam wszem i wobec że chcę i zapraszam :)))))))

na lepienie bałwana ew. rzucanie się śnieżkami i... ciepłą herbatę z sokiem malinowym i... i co tam jeszcze wymyślimy :))))

* * * *

26 listopada 2001
no i zostaliśmy wszyscy wraz zasypani pod zwałami śniegu padającego z różnym natężeniem z całej masy burych chmur górujących nad nami :)
na chodnikach zaspy, trzeba przecierać szlaki, na ulicach breja nieokreślonego koloru i zastosowania... i w to wszystko z rana zostałam brutalnie wyrwana ze snu. Od razu i w zupełności zatonęłam w realiach zimowych...
a taki ranek przeznaczony jest li tylko i wyłącznie do tego żeby wysunąć nos spod kołdry i wsunąć go spowrotem z zadowolonym mruknięciem "nie muszę nigdzie dziś iść..." :) no ew. można wstać i entuzjastycznie ulepić na tarasie bałwana, albo porzucać się śnieżkami i zjechać na butach z górki no i oczywiście wrócić później do domu w poczuciu spełnionego zimowego obowiązku, wypić gorącą herbatkę z sokiem z malin... posiedzieć przytuliwszy się do kaloryfera i zamyślić się bezmyślnie nad czymkolwiek filozoficznym...
a nie zrywać się rano, przepuszczać środki komunikacji miejskiej, które i tak nie mieszczą już nawet myszy, zatrzymują się na przystankach tylko po to żeby sfrustowanych ludzi jeszcze bardziej dobić... - nikt nie wsiada, nikt nie wysiada... no i tyle, jak w końcu uda się dopchać do środka, pozostaje radosne wleczenie się w sznurku samochodów - żółw chyba szybciej spacerkiem chodzi.
I jakim to sposobem zdążyć można na 8 do pracy?
swoją drogą zima jak zwykle zaskoczyła drogowców :)

Pora na Śmierć ...

23 listopada 2001
Podeszła do okna i zapatrzyła się w nieskończoność, rozpościerającą się poza zaparowanymi szybami...
"To jest mój dzień ! " - pomyślała odwracając się od okna.
"Dzień na śmierć - równie dobry jak każdy inny "
i zasnęła na fotelu, tuląc do piersi swoje nienarodzone jeszcze niemowlę .

Po skrzypiących ze starości schodach krok za krokiem przesuwało się przeznaczenie...
" Stopa uniesiona w górę, wysunięta do przodu lekko, coraz więcej...delikatne położenie jej na następnym stopniu...
Czemu nie mogę umrzeć? Przestać istnieć? Moje ciało jest już tak stare że każdego dnia wydaje mi się, że już starsze nie może być... a jednak każdego następnego dnia budzę się jeszcze starsze, i bardziej niechciane...
zanurzone w coraz większym bezsensie swojego powolnego umierania...
Czekanie...wieczne wypatrywanie kresu.”

Obudziła się na moment tylko po to, by usłyszeć kroki Przeznaczenia
mieszkającego tuż obok, za ścianą, pewnie wracającego z codziennych poszukiwań końca...
i zasnęła znów śniąc niespokojnie swój odwieczny sen o umieraniu, prześladujący ją odkąd
zaczęła rozumieć sens życia.
"Tak- westchnęła, wyobrażając sobie swoje odejście - to piękne..."

Dotarło do drzwi swego domu - nigdy nie zamkniętych, przeznaczenie kusiło los szukając sposobności
by uwolnić się wreszcie z więzów znienawidzonego życia i ciała...wciąż chodziło sobie tylko znanymi
ścieżkami wśród zabójców, sióstr miłosierdzia, ladacznic i dziewic...
wśród świętych i przeklętych na wieki...ze wszystkimi było na " Ty ".


Leżała, tuląc się do swego kochanka, przeżywając z nim uniesienia, jakich dawno już nie zaznała...
zapomniała już jak to jest żyć...
Otworzyła zamglone oczy, mokre od łez...
Sama w pokoju...
„Nawet nie potrafię przejść w nicość...bardziej realną od wegetacji w codzienności...
przywiązana do życia a przecież nic z niego nie mam...”
Położyła ręce na piersiach, westchnęła...
Usłyszała jak obok ktoś się szamoce, krzyczy...

Właśnie kładło się do snu, gdy poczuło gorące dotkniecie,
„Wypalić się do końca...”- pomyślało...i zaśmiało się ostro i chrapliwie...
„ Tak...koniec powinien być podobny do gorączki...przeniesienia się w inny wymiar, rozpływając się w malignie swoich własnych uczuć...”
Szamotało się ze swoim „Ja”


Nasłuchiwała...żaden dźwięk już jej nie dobiegał, ale czuła ze już odeszło...
„Teraz już sami sobie będziemy panami swego losu...
nie ma przeznaczenia, chaos...i strach ...” zapłakała...
Wstała powoli i spokojnie skierowała się do okna...zawsze ja korciło swoja tajemniczością...
odważyła się je otworzyć...owionął ja nocny podmuch wiatru, zapach motyli i niezapominajek...
„ Jednak zapomną...”
i...zapomnieli...

Stróż kariery...

21 listopada 2001
Żołędzie odgrywają istotną rolę w ludowych wierzeniach mieszkańców Wysp Brytyjskich, a przecież dęby rosną w całej Europie. Dawni druidzi sadzili święte gaje dębowe, które strzegły lud, w nich też zawierano związki małżeńskie, a pojedyncze dęby wskazywały granice ziem. Indiańska ludność Kaliforni otaczała dąb szacunkiem jako "drzewo świata". Żołędzie uważano za kosmiczne zarodki, z których powstało ziemskie życie, samo zaś drzewo reprezentowało uświęcony związek Matki Ziemi z kosmosem. Żołądź jest też symbolem wysiłku i osiągnięć, sam dąb z kolei - wytrwałości, pomysłowości i prawdy.

Poniższe zaklęcie najlepiej zacząć w czwartek w fazie księżyca wzrastającego.

W czwartkowy poranek zapal zieloną świeczkę, zamknij oczy i wyobrażaj sobie, że blask świecy roztacza wokół ciebie bezpieczny kokon. Na kartce zielonego papieru napisz swoje imię i swoje ambicje, jakie chciałbyś zrealizować. Zgaś świeczkę i zachowaj ją do późniejszego użycia. Przez resztę dnia, w kieszeni lub w sakiewce, noś przy sobie 2 żołędzie, srebrną monetę i tę zapisaną kartkę.
Po powrocie do domu ponownie zapal świecę i szybkim ruchem przesuń nad jej płomieniem żołędzie i monetę, zawiń je w swoją kartkę i zakop w ogrodzie lub w innym miejscu które szczególnie lubisz.
Powtarzaj ten rytuał co roku, aby twoja kariera rozwijała się pomyślnie i przynosiła sukcesy.

hu, hu, ha, hu, hu, ha....

20 listopada 2001
obudziłam się dzisiaj i patrzę za okno i oczom nie wierzę... co to jest? to coś co leci w skąpych ale systematycznych ilościach z nieba?
śnieg? teraz? 20 listopada? nooo
a ja myślałam że jeszcze pojadę do ojcowa potarzać się w liściach... a tu masz babo placek.
nie dość że zimno to jeszcze
"pada śnieg BIM - BOM"

Poniedzielnik

19 listopada 2001
no i jestem, co prawda przytłoczona masą całą obowiązków, ale to już tak jest w każdy poniedziałek... przychodzi sobie człowiek w nastroju jeszcze weekendowym do roboty i co? i zamiast spokojnie przestawiać się z trybu - leż i wypoczywaj - na - biegaj i pracuj - to od rana zostaje zasypany czyimiś zaległościami i pracą na wczoraj :)
w efekcie przez dzisiejszy dzień mam wykonać:
primo: projekt strony (czyt. web page'a) i poprawki na starej
secondo: projekt 3 ulotek na wczoraj
tertio: poprawić około 300 produktów w bazie danych
quatro: i w międzyczasie wykonać szeroko zakrojone działania reklamowe (czyt. mailing)

no więc ja się pytam czy ja posiadam cztery ręce i dwa procesory? :) czy ja wyglądam na cyborga?
(mniej zorientowanym podpowiadam że nie wyglądam :))))))))))))

co ja tu jeszcze robię? wracam do pracy
czołem i cześć !