grudzień 2001

zaczeło się odliczanie...

22 grudnia 2001
no i do Świąt pozostało już niecałe 3 dni :)
prezenty kupione, choinka ubrana, zakupy jeszcze w toku, wymiecione wszystkie pająki z kątów, śniegu wystarczająca ilość...
niedługo zasiądziemy do wigilijnego stołu, podzielimy się opłatkiem, zapatrzymy się w puste nakrycie, dla nieoczekiwanego gościa...
powspominamy...
uronimi kilka łez z żalu za tymi, którzy już odeszli od nas i brakuje ich przy naszym stole...

ech... Święta, magiczny okres... miłości, wspólnoty z innymi ludźmi

szkoda że ta atmosfera nie może trwać przez cały rok...

a tak w ogóle to spokojnych i wyjątkowych Świąt, szalonego Sylwestra, spełnionych życzeń w Nowym Roku,
i aby nikogo w przyszłym roku przy Wigilijnym stole nie zabrakło,
tego życzę sobie i Wam :)

wczoraj i dziś...

19 grudnia 2001
Fajnie jest siedzieć na parapecie (mimo że w moim wieku podobno już nie wypada...) :) w tylną część ciała ciepło, bo pod parapetem umiejscowiony, bardzo przezornie, kaloryfer, który wszystkimi swoimi żeberkami grzeje co sił... i patrzeć sobie jak na tarasie wolno aczkolwiek systematycznie powiększa się pokrywa śniegu...
i mysleć sobie filozoficznie o wszystkim i niczym...
pozbierać myśli - te nieposkładane...

szkoda tylko że nie można na tym parapecie spędzić
troche więcej czasu...

no nie to żeby od razu całe życie... :) ale przynajmniej
jego część, wystarczającą, żeby padający z nieba puch mógł
odseparować od wszystkiego co nie takie jakie by się chciało
żeby było, od wszystkich problemów i zawiłości życia...

to nic że potem przyjdzie odwilż i odsłoni całe błoto, brud
i szarości...
teraz jestem ja, mój parapet i nos przyklejony do szyby
i nastrój jakoby melancholijny...

--- tak było wczoraj a dzisiaj?

ech...
a dziś sama proza zycia mnie zastała w pracy czyli wszystko sie zwaliło na mnie, szef usiłuje mi wmówić że nic nie robię... efektów nie widać, widoki marne...
już się powoli na szefa uodparniam, ale mimo wszystko człowiek lubi wiedzieć że to co robi ma sens, zwłaszcza jeśli wykonuje to co lubi przez całe 8 godzin - pięć dni w tygodniu, wiem, wiem nie dość że robię to co lubię to jeszcze bym chciała żeby to było doceniane... już taka rozbestwiona jestem...:)

do pracownika też trzeba mieć odpowiednie podejście...
może są ludzie na których krytyka działa mobilizująco
(na mnie czasami też, ale tylko konstruktywna, co w wykonaniu
mojego bossa jest rzeczą niewykonalną...) a ja staje
okoniem, wszystko mi się wewnątrz przewraca do góry nogami no jakże to tak, męczę się, pracuje i wszystko to nic?
żadnej pochwały? ale o czym ja mówię, jakiej pochwały, ja tylko nie chcę być obsobaczana za wszystko i tyle...
chcę się cenić, ZA DUŻO chyba wymagam !

Uczucie

14 grudnia 2001
Narodziło się w ciszy, przy śpiewie ptaków
tajemnicą pozostanie...dlaczego...
pośród drzew, które nikomu nic nie zdradzą
na trawie, przesyconej zapachem pożądania
bezwstydnie zakwitło...
uczucie...
płonące jasnym i gorącym płomieniem
podsycanym coraz to nowym doznaniem
Twoja ciagła obecność w moich myślach
twarz Twoja zapamiętana w każdym szczególe..
dotyk, który pozostawił trwały ślad na skórze
niewidoczny, ale wyryty dokładnie w pamięci...
zapamiętane każde muśnięcie Twoich palców...

tysiące pocałunków, których ciągle mało
które palą moje wargi...

ugasić ten ogień może tylko kolejny ich tysiąc...
i znów następny i znów...
to już uzależnienie...
od Twego ciała i Twojej duszy...
podobno wzajemne
zbyt piękne, żeby prawdą być mogło
zbyt cielesne, by snem tylko było...

rzeczywistość

moja dłoń w Twojej dłoni
bezpieczna

przynajmniej na czas jakiś...
bliżej... nieokreślony...

Athir - Smok ...

13 grudnia 2001
- „już czekam trzeci dzień patrząc na drzwi, czy przyjdzie coś od Ciebie,
czy przyjdziesz Ty....." - nucąc jakąś starą melodię Athir nerwowo rozglądał
się po okolicy. Wreszcie podjął decyzję i po chwili z zielonkawej mgiełki wyszedł przeciętnych rozmiarów smok, rozejrzał się wkoło i wypuścił lewą dziurką nosa regularne kółko (czerwone), nabrał powietrza w płuca i zakrzyknął:
- „AAAAAAANNNNNNNGGGGGGGOOOOOOORRRRRRRKKKKKKKUUUUUUU!!!!!!!!!!" -
poczym zwinął się w kłębek i zaczął nasłuchiwać odzewu od swojej wróżki.
Mijały minuty, godziny, a on czekał na swój skarb o nefrytowych oczach.


Athir głęboko wciągnął powietrze w nozdrza, było przesycone zapachem jego
Wróżki, która już tak dawno znikła by zwalczyć jakiegoś złośliwego demona który jej od czasu do czasu dokuczał.
- Echhhh - westchnął wypuszczając kłęby dymu - marność - kilka godzin temu
nagły błysk wyrwał go z zadumy a gdy rozejrzał się wokół siebie zobaczył, że jego skarb pojawił się tuż obok jego lewej łapy. Athir ucieszył się wtedy bardzo, gdyż sama już jej obecność sprawiała mu wielką radość, czuł się przy niej potrzebny i szczęśliwy. Nagle poczuł jakieś uderzenie, zamroczyło go i gdy odzyskał wzrok jej nie było, nie było też polany na której leżał i rozmawiał ze swoją wróżką. Ogarnął go niepokój - co się ze mną stało? gdzie jest Ona??? -
Postanowił ją odszukać podbiegł kilka kroków, odbił się i zaczął machać skrzydłami, wznosząc się coraz wyżej. Po kilkugodzinnych bezowocnych poszukiwaniach wrócił w to samo miejsce zawołał wróżkę, zwinął się w kłębek i zasnął...
Athira obudziło przejmujące zimno, rozprostował powoli całe ciało, tu i ówdzie posypał się lód który nad ranem pokrył ciało Athira. Smok rozejrzał się wkoło, poczłapał do pobliskiego jeziora i zanurzył się w nim po szyje.
- FFFFFFffffffffffffuuuuuuuppp -prychnął wypuszczając kłęby kolorowego dymu
- jak ja nie znoszę zimna- mruknął, poczym wyszedł z wody i otrząsnął się.
- trzeba coś zjeść - pomyślał, rozłożył skrzydła i poleciał zapolować na śniadanko. Nie musiał latać długo, za lasem zobaczył zagrodę, obok której pasło się stadko kóz. Athir zanurkował i złapał jedną w paszczę, drugą chwycił pazurami i odleciał na swoją polankę, by w spokoju spożyć zasłużoną pieczeń.
Gdy tylko zdążył uprzątnąć po jedzeniu, zobaczył przed sobą zieloną mgiełkę z której po chwili wynurzyła się jego wróżka. Athir ucieszył się, bo nawet słońce latem nie ogrzewało go tak jak Jej obecność. Porozmawiali chwilkę, lecz znów nie dane mu było cieszyć się jej obecnością zbyt długo (gdyby to zależało tylko od niego to porwałby wróżkę i zatrzymał tylko dla siebie, ale czyż można zatrzymać kogoś kto umie znikać???) gdyż znów musiała odejść, by walczyć z demonami Netu (Athir podejrzewał, że Net to jakaś kraina leżąca na północ od jego LASU).I znów Athir został sam, żeby zabić czas grał sobie w kamyczki podrzucając ich coraz więcej, potem zabrał się za układanie z nich napisu na ziemi, napis brzmiał: „Angorek - najcieplejsza wróżka sfiata" - co prawda napis był z drobnym błędem, ale smok jako i tak najbardziej uczony smok w całej krainie na południe od Permu nie przejął się tym za bardzo. Zmęczony tą całą bezczynnością zasnął, jeszcze raz przed snem na wszelki wypadek zawoławszy swoją ukochaną wróżkę.

tylko mnie poproś...

12 grudnia 2001
tylko mnie poproś do tańca
ja na nic więcej nie liczę
od krańca świata do krańca
od piekła do nieba bram

tylko mnie poproś do tańca jakbyś mnie kochał nad życie
ja Ci z nadzieji różańca
odpust dam...

...

tylko mnie poproś do tańca
dopóki młoda godzina
pożółknie zegara tarcza
zanim wybije mój czas

tylko mnie poproś do tańca,
w którym się życie zatrzyma
ta płyta chociaż już zdarta
jeszcze gra...

[...]

szczęście wbrew

12 grudnia 2001
Za oknem pada deszcz , wciąż pada ...
czemu niebo płacze
kroplami od łez mniej słonymi ,
a słońce zakrywa swe oblicze
chmurami ciemnymi ...
Gdy ja jestem szczęśliwa ...

Ptaku śpiewający tuż nade mna nie zawodź tak głośno
jeszcze cię ktoś uslyszy i pomyśli ,
żem szczęśliwa jest szczęściem ...
... miłości

Kwiaty, nie kłaniające się ku moim stopom,
jeszcze ktoś dowie się,
żem kochana jest kochaniem wzajemnym...

Boże nie wstrzymuj dnia , ani nocy
bom jest jak innych wielu
a to, że znalazłam miłość

nie czyni mnie pierwszą...

list od Athira-Smoka do zielonej wróżki Angorkiem zwanej...

11 grudnia 2001
"Zamknij oczy otwórz myśli swe
wyciągnij ręke przez świat
i dotknij mnie...

jeszcze przed chwilą czułem twój żar
nagle ciemność zaległa...
rozejżałem się wokół...
zostałem sam............."

- mruknął Athir zmieniając się w węża i owijając wokół terminala, co
chwile wysuwając swój widlasty języczek.

Tak mi sie z Tobą przyjemnie rozmawia że nie mogę się doczekać kiedy
znowu będziemy mogli zamienić kilka słów... (Działasz na mnie jak
narkotyk, którego dawki trzeba ciągle zwiększać aż do... - Athir na samą
myśl zmienił się w średniej wielkości tygrysa i mruknął z rozrzewnieniem).

przyjdź i powiedz do mnie choć słówko i uśmiechnij się, tylko to mnie
trzyma wśród ludzi.

Skarbie mój tęsknie (może masz zajęcia a może nie chcesz już spotkać Athira
<-pomyślał Athir wpadając w czarną rozpacz)

Athir zmienia się w smoka i rozgląda się na czym by się tu wyładować by
pozbyć się stresu

to może zakrawa już na szaleństwo i głód narkotykowy

ale wciąż
niema Cię.....
a ja tu usycham.....
ogień trawi mnie...
przyjdź i napój mnie...
bym dalej mógł żyć..

wczoraj jak leciałem sobie do domku to przed jakąś szopą zobaczyłem
piekną krówkę, heh wystarczył jeden fireball i na obiadek miałem gulasz
(Athir Smok lubi gulasz). I w zasadzie wszystko było by dobrze ale ten
katar... kurcze w czasie lotu kichneło mi się i puściłem z dymem jakąś
wieś...(i znowu bedzie w prasie nagonka na smoki ze tylko napadać i palić
potrafią)...trzeba będzie się gdzieś zaszyć i odchorować.
Przez ten katar to przecież niejaki Krak kazał zatłuc mojego stryjecznego
dziadka niejakiego Wawelskiego (któren to właśnie przechodził ciężką
grype i miał ogromny katar). A z tym jedzeniem dziewic to też nieprawda...
(ale co z nimi robią to już jest osobista tajemnica każdego smoka).

za oknem wiosna...a wiosną pragnienia wszystkich istot dążą... (wiadomo do
czego)...ech... i tylko mi Ciebie brak w tym więzieniu..(nucąc jakiś
błąkający się po głowie kawałek, bardzo romantyczny)...

Nie gniewaj się na mnie proszę (Athir staje słupka i prosi)

plaga kieszonkowców

10 grudnia 2001
Ja nie wiem czy kieszonkowców przybyło, czy stali się bardziej bezczelni, czy też ja poprostu weszłam z wielkim hukiem w wiek w którym jest się atrakcyjną dla złodzieji...
w każdym razie faktem stało się iż w ostatnim tygodniu usiłowano 2 razy pozbawić mnie moich ciężko zarobionych pieniędzy.
Do obu zdarzeń doszło w środkach komunikacji miejskiej... moje szczęście że posiadam wiedźmowatą intuicję i siódmy zmysł, bo czuć to nic nie czułam, ani że dobierają mi się do plecaka, ani że otwierają mi torebkę. Jak tak dalej pójdzie będe musiała zacząć poruszać się na piechotę, albo rowerem, przy czym kto mi znów zagwarantuje że nikt mi rowera nie gwizdnie? ha patowa sytuacja ...

Ostatnim razem złapałam gościa za ręke przypadkiem sięgając do torebki i co? i wyrwał się a ja poprostu zamknęłam torebkę i tyle było. Nawet nie wiem jak miałabym zareagować, krzyczeć? przeciez nic się nie stało, opieprzyć gościa? jeszcze bym dostała w zęby od jego kolegi, bo przecież chodzą dwójkami...
koszmar... i jak człowiek ma się czuć bezpiecznie?

W kwestii formalnej :)

7 grudnia 2001
no więc... w związku z zarzutami zewsząd na mnie padającymi (Oddaj to NIE TYLKO do ciebie :)...), iż smutno jest na moim blogu...
ogłaszam co następuje:
primo:
samotne drzewo z lewej strony fcale nie uosabia mojej samotności :)) hehe
podoba mi się mój design i żadnych podtekstów proszę w nim się nie doszukiwać!

secondo:
jeśli piszę cokolwiek smutno to fcale nie oznacza zaraz że mam doła i że to jest ostatni śpiew, łabędzie nuta i że idę się zaraz powiesić...
śmiejąc się też można pisać smutne przemyślenia...

tertio:
to już zapomniałam co tutaj miałam napisać, ale napewno dużo tego miało być i konstruktywnie... :)

quatro:
kto mnie zna ten wie iż jestem osobą z gruntu pogodną i w ogóle ... :)
a moja twórczośc to poprostu "radosna twórczość" w nieradosnym nastroju...:)))

quitno:
co do kolorów też jakoby smutnych - żeby rozweselić gawiedź czytającą mojego bloga, mimo próśb i gróźb nie zmieniłabym ich na jakieś weselsze, np. różowości i błękity, bo nijak do mojej osobowości nie pasują i mnie od ich oglądania na swojej stronie od razu bolą zęby, już tak mam :)

sexto:
aa... co ja się tu będe rozpisywać... mój blog? mój... :) wystarczy że dzień w dzień jestem wesoła i w nastroju ekstatycznym... na blogu mogę się wyciszyć i nie tryskać humorem...;)


to tyle w kwestiach wyjaśnienia :)

mikołaj...

6 grudnia 2001
Moje dziatki i jak tam z prezentami od Św. Mikołaja?

bo ja na ten przykład zostałam obdarowana nakryciem głowy
konkretnie mówiąc kapeluszem, no na metce było napisane
iż jest to czapka, ale wydaje mi się że czapka to coś
co można naciągnąć na uszy gdy jest zimno a moje nakrycie
tej zalety nie posiada.
Ma poza tym oprócz tego podstawową wadę, nijak do mnie
nie pasuje, na głowie siedzi kiepsko i patrząc w lustro
długo się zastanawiam co mam sobą przedstawiać nosząc
to-to na głowie :)
ale co mi tam w końcu nie szata zdobi człowieka...
ogólnie nie mam co narzekać... prezenty były znaczy to, że byłam grzeczna ;)