czerwiec 2002

pamiętaj...

18 czerwca 2002
pamiętasz to było jesienią
kiedy zieleń
opadała z drzew purpurą
i czerwienią...

pamiętam to był listopad
kiedy z drzewa
ostatni liść ku naszym stopom
smutnie opadł

usta na ustach
zamknięcie strachu
w klatce splecionych dłoni
zrywanie zakazanych owoców
z namiętności jabłoni

potem drżące -Tak- na zawsze i wszędzie
niechaj było jest i będzie

...

pamiętaj to będzie jesienią
wieki później, ale zieleń
znów opadnie z drzew,
purpurą i czerwienią...

pamiętaj to będzie listopad
moc zmarszczek w kącikach Twoich ust
siwe włosy na mojej skroni
czas nas wtedy przegoni

i razem leniwie pod jednym kocem
zestarzejemy się
patrząc w młode oczy
widząc w nich te wszystkie lata
i widząc ten listopad
który wiesz, pamiętasz...

w nasze serca zapadł...

wydarzenia...:)

10 czerwca 2002
będzie relacja z EPOKOWEGO, normalnie E-P-O-K-O-W-E-G-O wydarzenia, czyli
pierwszy w życiu występ mojej latorośli.
a zaczęło się niewinnie... półtora tygodnia temu...
zmęczona wracałam spokojnie po pracy do domu, co ja mówię wracałam... wlekłam się noga za nogą, pomimo że taki czas od 17:30 do gdzieś mniej więcej 2:30 to jest najlepszy czas podczas całego dnia... ale, właśnie w domu mnie czekał obiad do zrobienia, wizja że może by tak, wypadałoby tak zrobić
jakieś porządki co by się nie przewracać na kurzu itd... no i oczywiście praca wzięta do domu...
wciskam domofon i swoim zwyczajem na inteligentne pytanie "kto tam?" (no bo kto może być tam o tej godzinie jeśli nie ja?)
odpowiadam zgodnie z prawdą "ja" i zostaje wpuszczona...
podchodzę do drzwi i słyszę podniecony głos mojego dziecka...
"Tataaaaa idzie jaaaaaaa"
otwieram drzwi i zaraz rzuca się na mnie, obejmując mnie za nogi i krzycząc "Mamuuuucccciiiiiiaaaaa"
a potem to już zwyczajowo lawiną spływa na mnie...
- "ceść - psyniosłaś chlebek? i masełko? i selek? i... i ogólka? i synecke?"
no i poleciał otrzymawszy wyczerpujące odpowiedzi na swoje pytania... jeszcze tylko rzucił przez ramię
że "Stasiu muci placować...wies?" no i już siedział przy komputerze zbawiając stada niewinnych kurczaków z rąk potwornych "poforów" za pomocą klawiatury i posłusznego jej "Klokodyla".
Następnie czekała mnie miła wiadomość o której poinformował mnie mój prywatny małżonek, że Stasiu we wtorek 4.06 ma występ i będzie sosenką w związku z czym mam nie zapomnieć uszyć mu zielonej pelerynki i skompletować zielone rajstopki albo spodenki i zielony podkoszulek...
na moje nieśmiałe pytanie "dlaczego sosenką?" i "co to za przedstawienie?" dostałam odpowiedź żebym nie marudziła bo to ambitna rola i lepiej żeby Stasiu był sosenką niż jakimś tam dzięciołem bo dzięcioły mają przynieść
- wiesz co?
nie wiedziałam... po głowie mi się tłukło może jakiś młoteczek do stukania, albo co...
- żelki mają przynieść - powiedział z satysfakcją jakby to miało mi wyjaśnić czemu lepiej być sosenką niż dzięciołem
- żelki które mają udawać glisty...
ha no i teraz wszystko zrobiło się jasne, oczywiście mamy dzieciołów muszą glist kupić zapas, bo oczywiście zostaną owe glisty pożarte już przed przedstawieniem - no i w ogóle dzięcioły będą te glisty zżerać a co to za rola zżeranie publiczne glist...
Stasiu za to będzie sobie szumiał na gór szczycie (prawie jak w klasyce...) i śpiewał o chorej sośnie, która musi zadzwonić po dzięcioła, który jest stuknięty czy stuka, czy jakoś tak...
no i uszyłam pelerynkę zieloną, skompletowałam strój i zwolniłam się wcześniej z pracy aby to EPOKOWE wydarzenie zobaczyć, w końcu na moją cześć niejako - bo z okazji dnia Matki oweż przedstawienie zostało zorganizowane...
usiadłam zdyszana obok innych mam i tatusiów niecierpliwie czekających na szoł, mój prywatny mężczyzna przygotowywał aparat aby uwiecznić latorośl
no i zaczęło się...
Stasiu w pierwszej parze poważny, ze zmarszczonym czołem, skupiony, wmaszerował raźno do sali.
Tył gdzieś się pogubił, komuś spadły rajstopki, ktoś się rozryczał ale ogólnie wejście było...
i było to wejście z tych WEJŚĆ co to się nie zapomina :)
potem raźno dzieciaki się uwijały, patrząc jak w obraz w panie "ciocie żłobkowe" i miałam nieodparte wrażenie iż widzę przed sobą taki rodzaj
tresury małych zwierzątek... chylę czoła aż do samej ziemi przed paniami które potrafią sobie dać radę z taką ilością (25) indywidualnośći...
wypstrykaliśmy prawie cały film... impreza trwała 30 minut, a przygotowywali się do niej prawie pół roku.
W kulminacyjnym punkcie Stasiu stanął na wysokości zadania i zagrał sosenkę postawiony na stołku, z telefonem w łapie - co tam szumiał, profesjonalnie zadzwonił po doktora tego no dzięcioła, i nie patrzyl się na rodziców, nie chichotał tylko wystukał numer przyłożył słuchawkę do ucha i powiedział
"halo? tak to ja... no to pa pa..."
został co prawda zagłuszony przez stado dzięciołów pędzących ratować rachityczne chore drzewka... ale co tam ZAGRAŁ skupiony, żadnych fochów... ZAGRAŁ i potem pięknie się ukłonił
zginając się w pół
no TAKIE zdolne mam dziecko :)

a potem potem jak wróciliśmy do domu razem... to nie od razu co prawda, ale troszkę potem przez przypadek wsadził mi mój Dziubek palec do oka
i dobrze że skończyło się tylko na ubytku białka oka (dł. 1 cm) i 4 dniowym przymusowym opatrunku na lewym oku... widzieć widzę na szczęście dobrze :)

no i to by było na tyle... a to wszystko gwoli usprawiedliwienia mojej długiej nieobecnośći :)))))