wrzesień 2006

potyczki z prof. Miodkiem...

28 września 2006
Gapeć wracając z przedszkola opowiada o wszystkim co się działo:
- że bawiła się z Geldziem (zdołałam ustalić, że chodzi o Gerdzia, zdrobnienie od Gerard...)
- lubi Śimona, i od niego dostaje prezenty a on się nią opiekuje...
- że bawili się w lokotywe - ciuch ciuch :)
w ogóle buzia jej się nie zamyka, bo jak nie gada to podśpiewuje sobie...
wymyślając na poczekaniu słowa i melodie...
- kotek miauczy, miau, miau, miau, piesek HAUCZY, hau hau hau...
i prof. Miodek w tym miejscu powinien się wypowiedzieć, na temat ważkiego tematu dlaczego kotek miauczy miau, a pies zamiast hauczeć hau to szczeka? :)

wczoraj idąc spotkaliśmy po drodze kilka piesków i każdy piesek był:
- to jest dobly piesek mamo plawda?
- malutki piesek, śicny - (a pies ma 1,80 na dwóch łapach...)
i w końcu kiedy wszystkie pieski - poszły do domu na ćniadanko...
Gabrysia idąc kuka zza drzewa i mówi
- piesek uciek noo chiba NIEMOŻLIWE...

nietopes

25 września 2006

- Nietopes jest taki zły, wies mamo?
- a dlaczego zły?
- bo on taki niedzecny jest...
mogie sukać nietopesa? mogie? mamo?
- możesz, to idź i poszukaj nietoperza

za chwile...słychać z głębi mieszkania
- stasiu, popac jaki nietopes, popac
- gdzie nietoperz Gabrysiu? pokaż
- o tutaj
głosy przenoszą się do dziecinnego pokoju
- ale Gabrysiu, gdzie?
- oo, tu stlasny nietopes...
- Gabrysiu to nie jest nietoperz, to glonojad...
kurtyna...

początki, czyli po nitce do kłębka...

20 września 2006


Zaczęło się jak zwykle niezwykle,
zwykle, bo pewnie jak u tysięcy ludzi...
niezwykle, bo każda prywatna historia, która dotyczy nas samych, sama w sobie jest niezwykła :)

Czyli najpierw było nas dwoje i niewielkie potrzeby mieszkaniowe, prawie żadne :)
potem nas się zrobiło więcej i pojawiły się pierwsze problemy z wynajmowaniem różnych mieszkań...
Praktycznie co roku zmienialiśmy lokum, i tak jakoś się składało, że zawsze po zupełnie innej stronie miasta lądowaliśmy.
Wieczne życie na pudłach.

W końcu trochę nas to zmęczyło, a ponieważ pojawiła się możliwość zakupu mieszkania, co prawda TBS, ale zawsze co swoje to swoje...
nie zastanawialiśmy się zbytnio, zmobilizowaliśmy siebie i zapożyczyliśmy się u coponiektórych członków rodziny,
rychło się okazało, że całkiem dobry czas ku temu wybraliśmy, bo tuż po przeprowadzce ( znów drugi koniec krakowa...) okazało się, że w niedługim czasie powiększy nam się znowu rodzina, więc nowe, piękne, NASZE mieszkanko akurat będzie w sam raz...

Przez cały czas jednak marzyliśmy o takim naprawdę swoim miejscu na ziemi z jej kawałeczkiem na własność, znaczy tej ziemi kawałeczkiem...

Marzenia w końcu są po to, żeby je realizować, ale okoliczności finansowe nie były zbyt sprzyjające.

Hobbystycznie oczywiście co jakiś czas rzucaliśmy okiem na domy do kupienia, najlepiej do remontu i marzyliśmy.

Rozmyślaliśmy też o opcji zamiany mieszkania na większe.

Dzieci troszkę podrosły, i w sumie zaczęło być nam trochę ciasno, nie no, można mieszkać w 10 osób na 20 m kwadratowych, ale nasze 50 m jakoś zrobiło się nagle niewystarczające dla tony zabawek, dwóch ton książek,
no i duża różnica wieku dzieci i różnice w płci zaczęły dawać się we znaki, w użytkowaniu przez nich tego samego, niezbyt dużego pokoju...

W tym roku po przyjeździe z wakacji - akurat w firmie w której pracuje zapanowała epidemia na szukanie, kupowanie, kredytowanie itd. działek w okolicach dalszych lub bliższych.
Ceny zbiły mnie z nóg... jak to?
przecież jeszcze tak niedawno kosztowały połowę tego co teraz?!!

Z czystej ciekawości poczytałam, pooglądałam i załamałam się... a ceny rosły sobie praktycznie z miesiąca na miesiąc.

No to jak to tak?
Wstępnie poorientowawszy się w cenach i ofertach stwierdziliśmy, że na kupno większego mieszkania nie mamy szans przez to co się stało z cenami...

nieśmiało może jednak działka i budowa?
można rozłożyć na etapy...
można teraz działkę... a potem kiedyś...
można...
no dużo rzeczy można, więc szukamy dalej tylko w innym kierunku...