lipiec 2010

Wilczy Szaniec, śluzy Kanału Mazurskiego i Mamerki

Jak już popływaliśmy rowerkami wodnymi zapakowaliśmy się do auta i obraliśmy kierunek na Gierłoż. Zapomniałem sobie, że na GPSie mam nastawione oprcję wyszukiwania trasy jako "krótka", co zaskutkowało jazdą wpierw polną drogą, potem przez las, potem było jakieś mokradło po lewej, potem po prawej… ale drogi gruntowe miałem wyłączone - mapa taka do kitu. Ania nie utłukła mnie ale dużo nie brakowało. Zrobiliśmy tak z 12km i jak dojeżdżaliśmy do Parku Miniatur Warmii i Mazur deszczyk padał coraz bardziej. Zaraz przy wejściu jest wystawa bronii z II wojny światowej i można dotykać eksponaty. Oczka się zaświeciły :) Gabrysia poległa przy 12 kg karabinie maszynowym MG 42, więc dostała do łapy MP 40. Ania nie pozwoliła wkleić swojego zdjęcia w chełmie z tłuczkiem (granatem).

Samych miniatur jest niewiele. Trzeba będzie tam podjechać tak za 3-5 lat. Akurat przy nas montowali miniaturę śluzy w Leśniewie.

W sporym namiocie jest wystawa w "W cieniu Wilczego Szańca" z rewelacyjną makietą. Sam park miniatur jest na terenie byłych ogrodów warzywnych kwatery Hitlera.

D samego Wilczego Szańca jest rzut beretem. Na miejscu masa aut i ludzi. Pomimo tego, że Niemcy wycofując się wysadzili bunkry robią one ogromne wrażenie. W większości przypadków zachowały się przynajmniej dwie ściany boczne bunkrów, więc widać jakie były ogromne. Na ich dachach rosła trawa, a wszędzie były sztuczne drzewa z siatką maskującą, więc z powietrza były doskonale zamaskowane.

Następnie mieliśmy jechać do Mamerek, gdzie są w pełni zachowane bunkry ale wpier trzeba było wypłacić pieniążki i kupić latarki, bo wszystkie zostawiliśmy w namiotach. Do Kętrzyna było kawałek, więc ta zrobiliśmy zakupy. Po drodze do Mamerek zaliczyliśmy urwanie chmury, pysznego szczupaka i śluzy niedokończonego Kanału Mazurskiego w Leśniewie. Do oglądnięcia są dwie śluzy Dolna położona zaraz przy szosie. Jest ona ukończona w 15%, i w większości znajduje się pod wodą. Ciekawsza Górna znajduje się 400m dalej i jest ukonczona w 30%. Na frontowej ścianie znajduje się charakterystyczny odcisk po hitlerowskiej "wronie" Na terenie śluzy jest świetny park linowy - w komorze główniej jest wahadło, a z korony jest zjazd tyrolką.

W Mamerkach była Kwatera Główna Niemieckich Wojsk Lądowych i z niewiadomych przyczyn bunkry nie zostały wysadzone. Oczwiście nie ma już żadnego wyposażenia ale same bunkry można bez przeszkód zwiedzać. Trzeba mieć tylko latarkę. Gabrysia znowu jako pierwsza się ładowała do środka. Niedamowite jest to, że bunkry z zewnątrz takie wielkie w środku są strasznie ciasne. W największym są 4 małe pomieszczona - 7 metrowe ściany robią swoje. Ciekawe czemu nie zbudowali obszerniejszych bunkrów pod ziemią?

Z Mamerek przez Węgorzewo wróciliśmy na camping, gdzie zaliczyliśmy jeszcze krótką kąpiel w jeziorze.


Wyświetl większą mapę

Grūto parkas, Druskienniki i Twierdza Boyen - 12 dzień urlopu

Po drodze do Polski postanowiliśmy zaliczyć Druskienniki, a Bożena poleciła nam jeszcze Grūto parkas - park, w którym zgromadzono komunistyczne pomniki z całej Litwy. Park ten jest jakieś 8 km po lewej przed Druskiennikami jadąc z Wilna. Trzęba dobrze się patrzeć, bo jest tylko mały kierunkowskaz i można łatwo przegapić. Mama z Tatą niechętnie poszli z nami ale na koniec byli bardzo zadowoleni. Jeszcze przed kasą przekraczamy granicę ze słupkami, wieżyczkami strażniczymi. Potem jest lokomotywa z bydlęcym wagonem jakimi wywozili ludzi na Sybir, a potem zaczynają się pierwsze rzeźby. Park jest pięknie położony nad brzegiem jeziora, a na jego terenie są kanały, które w połączeniu z cieniem drzew daje przyjemny chłodek.

Zaraz za kasami uwagę przykuwa wielki pomnik "matki" na pagórku za kanałem, potem przechodzi się przez plac zabaw dla dzieci - trzeba było chwili pertraktacji, żeby nie zostali tam od razu - i wychodzi się na ogromny pomnik siedmiu partyzantów. Figury mają ponad 6m wysokości. Podczas przewożenia musieli zamknąć drogę i 13 razy wymieniali pęknięte opony :) Pomniki ustawione są wzdłóż betonowej ścieżki wijacej się wśród drzew. W pewnym momencie dochodzi się do drewnianych baraków, gdzie jest sala posiedzeń, biblioteka i masa pamiątek - popiersia, obrazy, odznaki…

W parku zgromadzono ok 100 pomników. Mijamy stada Leninów, jest Stalin i Żelazny Feliks, są Marks i Engels, są też lokalni bohaterowie, waleczni partyzanci i żołnierki, jest Matuszka Rasija i wiele wiele innych…

Dzieciaki znudzone oglądaniem kolejnych pomników w połowie drogi poleciały na plac zabaw i do mini zoo

Druskienniki przywitały nas remontem głównej ulicy, więc podobnie jak wiele innych aut dłuższą chwilę przebijaliśmy się do centrum co rusz trafiając na barierki i zakazy. Druskienniki są uzdrowiskiem, coś jak Krynica, jest kilka ładnych drewnianych domów. Na dłużej się tam nie zatrzymywaliśmy i przez Sejny i Augustów pojechaliśmy w stronę Olsztyna.

Z rodzicami rozstaliśmy się w Orzyszu, oni pojechali prosto do Morąga, a my postanowiliśmy zatrzymać się na polu namiotowym przy Wilczym Szańcu w Gierłóżu koło Kętrzyna. Przejeżdżając przez Giżycko namówiłem Anię, żeby zobaczyć Twierdzę Boyen. Była już chwilę po 18 i mieliśmy tylko godzinę na zwiedzanie. Zdecydowanie za mało. Twierdza jest ogromna, można by chodzić godzinami, koniecznie z latarką, której zapomnieliśmy zabrać z auta :( Pomimo tego Gabrysia pierwsza ładowała się we wszystkie ciemne korytarze.

W międzyczasie okazało się, że w Kętrzynie nie mają miejsc i trzeba było szybko poszukać coś innego. Ania wyszperała w sieci camping położony nad brzegiem jeziora Kisajno kawałek za Giżyckiem. Camping był koszmarnie drogi ale może dzięki temu dosyć pusty :) Ze wzgędu na późną porę nie wybrzydzaliśmy to rozłożyliśmy się i pognaliśmy do całkiem ciepłej jak na porę dnia wody :) Staś wychodził z wody jak już było całkiem ciemno, gdzieś po 22. Na koniec gratis dostaliśmy piękny wschód księżyca za jeziorem.


Wyświetl większą mapę

Wilno i Troki - dzień trzeci

27 lipca 2010

Rano na 10 umówiliśmy się z moją kuzynką Sabiną - miała nas oprowadzić po Kolonii Wileńskiej (Kolejowej), gdzie wychowywała się moja Babcia. Pierwszym przystankiem był cmentarz przed Kolonia, gdzie pochowana jest m.in. moja Prababcia (mama Babci), jej siostra, brat. Stamtąd pojechaliśmy pod drewniany kościółek, w którym Babcia śpiewała w chórze i brała tam ślub. Zaraz obok kościółka jest niewielki cmentarz, zapoczątkowany przez groby żołnierzy AK poległych podczas operacji Ostra Brama (Wyzwolenie Wilna tuż przed wkroczeniem Armii Czerwonej). Jednego dnia Babcia brała ślub, a w nocy pomagała zwozlić ciała poległych. Dziadek cudem przeżył. Tuż obok grobów powstańców są groby naszej rodziny. Z cementarza wąską ścieżka przez las zeszliśmy do Dolnej Kolonii, gdzie odwiedziliśmy trzy domy, w tym jeden w którym przez jakiś czas mieszkała Babcia ze swoją siostrą Stasią. Mieliśmy niewiele czasu, bo na 14 byliśmy umówieni na obiad u cioci Zygfrydy w Nowej Wilejce, więc musieliśmy odmówić wstąpienia chociażby na herbatę. Gdyby nie Sabina i jej zapewnienie, że przyprowadzi nas za rok chyba by się nie udało :)

Tuż za stacją kolejową minęliśmy dom Konwickiego i energicznym krokiem poszliśmy w stronę serpentyn i kościółka. Niestety nie udało się uciec przed deszczem, urwanie chmury dorwało nas dosłownie 100 m przed autami. Ania, z Gabrysią i Sabiną schowały się wpierw pod drzewo potem pod parasol a ja pobiegłem do auta. Wsiadając byłem kompletnie przemoczony. Serpentyny są pokryte kostką pamiętającą jeszcze czasy przedwojenne, wiec szybki zjazd autem z tylnim napedem był niezłym przeżyciem :)

Spod kościółka pojechaliśmy pod dom, w którym urodziła się babcia. Tuż obok mieszka mój kuzyn Robert (którego akurat nie było) z żoną Liliją i dwójką dzieci. Zatrzymaliśmy się u nich na herbatę, po czym pojechaliśmy do Nowej Wilejki na obiad. Po drodze mijaliśmy dom Sabiny i polską szkołe z przedszkolem, gdzie pracują Bożena i Lilija. Na obiad były pyszne zeppeliny ze skwarkami, do tego kwas chlebowy. Pooglądaliśmy stare rodzinne zdjęcia, porozmawialiśmy o życiu na Litwie i przed 17 pojechaliśmy do domu Sabiny, skąd jeszcze z Halinką mieliśmy pojechać do Trok.

Jadąc do Trok musieliśmy przejechać przez Wilno, gdzie zrobił się dosyć spory ruch (i tak przynajmniej połowę miejszy jak w Krakowie), przez co dwa razy o mało nie zgubiliśmy Halinki - jechała przed nami jako pilot. W Trokach przeszliśmy przez całe miasto w stronę zamku. Im bliżej zamku, tym zabudowa była coraz ładniejsza - drewniane kolorowe domki, w co drugim knajpka.

Zamek położony jest na wyspie. Idzie się do niego drewnianym pomostem wpierw na jedna wyspę, potem kolejnym pomostem już do zamku. Sam zamek jest pięknie odnowiony, weszliśmy na dziedziniec nie zwiedzaliśm już, bo było dosyć późno. Na kolację poszliśmy na kibyny - pierożki z ciasta drożdżowego z różnym farszem. Po obfitym obiedzie byłem w stanie zjeść tylko dwa - jeden z kurczakiem i grzybami, drugi tradycyjny i zdecydowanie lepszy z baraniną.

[[p:troki-panorama-1-s.jpg:troki-panorama-1.jpg:Troki]] [[p:troki-panorama-2-s.jpg:troki-panorama-2.jpg:Troki]]

Z Trok pojechaliśmy spowrotem do Sabiny i Halinki, gdzie w ogrodzie siedzieliśmy prawie do 23. Gabrysi i Stasiowi strasznie spodobała się koza Basia. Załapali się na świeże mleko i serek z miodem :) Basia to jest koza, która kupiła sobie mama Sabiny, żeby mieć zajęcie, a że była to ulubiona koza to dziewczyny zostawiły ją.

Nocny wjazd w ciasną hostelową bramę był jeszcze ciekawszy niż dzienny :)

Wilno - dzień drugi

26 lipca 2010

Z rodziną byliśmy umówieni na następny dzień, więc zdecydowaliśmy się na spacer na Rossę - podobno kilometr od Ostrej Bramy ale chyba było dalej ;) Pod Ostrą Bramą było zdecydowanie więcej osób - delegacja polskich weteranów - rogatywki, dwóch w mundurach ułańskich... pięknie wyglądali. Harcerze. Kilka osób było bardzo wzruszonych.

Przy wejściu na cmentarz na Rossie jest cmentarz wojskowy, na którym w centralnym miejscu znajduje się grób matki Piłsudzkiego i jego serce. Napis na grobie brzmi "Matka i Serce Syna". Po obu stronach groby legionistów poległych w 1920 i AKowców poległych w 1944 przy wyzwalaniu Wilna - operacja "Ostra Brama" Wyzwoli, ginęli za swoje miasto, za swój dom, po czym musieli oddać Sowietom i Litwinom. Na grobie napis Żołnierz AK lat 16. Smutne. Kwiaty, biało czerwone tasiemki. Cmentarz na Rossie jest pięknie położony, pagórki, stare drzewa, większość grobów to groby Polaków. Koło kapliczki grób Lelewela, kawałek dalej ojca Słowackiego. Idąc w stronę drugiej części trafiliśmy przypadkiem na grobowiec rodzinny drugiego męża mojej prababci. Pierwszemu - mojemu pradziadkowi nie udało się tak jak prababci wyjechać z Rosji po rewolucji, w 1927 urwał się kontakt - sowiecka Rosja nie lubiła szlachty i inteligencji. Na Rossie jest też pochowany prapradziadek ale nie wiedzieliśmy gdzie jest jego grób.

Następnym celem był Kościół Św. Anny i Katedra, do których chcieliśmy podjechać autobusem. Siedliśmy na przystanku i czekamy, godzina odjazdu a autobusu nie ma, 5 min, 10 min, 15min... następny za 2h, więc poszliśmy. I dobre, bo byśmy mogli sobie czekać. Nikt z nas nie załapał jakoś, że na Litwie jest inna strefa czasowa :) Wszędzie gdzie jeździłem po Europie zawsze miałem ten sam czas, a komórka nie przypomniała :)

Przeszliśmy koło remontowanego bastionu artyleryjskiego skąd jest ładny widok na Wilno w kierunku Katedry. Potem kościół Św. Jana. Domy, w których mieszkali Słowacki i Mickiewicz. Ulica Literatów z tabliczkami na ścianach. Kościół Św. Anny jest chyba najładniejszym kościołem gotyckim jaki widziałem. Zachwycał się nim też Napoleon - według opowiadań, Napoleonowi podczas wyprawy na Moskwę tak się spodobał kościół św. Anny, że z chęcią przeniósłby go na dłoni do Paryża :) Tuż obok jest kościół bernardynów, gdzie była chrzczona moja babcia. Jest on strasznie zniszczony wewnątrz.

Stąd już rzut beretem w stronę Katedry. Katedra odnowiona, pięknie się prezentuje na dużym placu. Ze względu na porę późno obiadową, upał i ogólne zmęczenie dzieci - łażenie po Starym Mieście i cmentarzach to dla nich średnia rozrywka poszliśmy w stronę naszego hostelu gdzie dzień wcześniej widzieliśmy sensowną knajpkę. Nigdzie po drodze do Katedry nie było jakiś restauracji z lokalnym jedzeniem, w których byśmy nie zbankrutowali. Rodzice postanowili jeszcze wejść pod zamek i iść na bliny koło Ostrej Bramy, więc się rozdzieliliśmy.

Po drodze do knajpki przeszliśmy koło Uniwersytetu, Pałacu Prezydenckiego oraz przez zaułki żydowskiej dzielnicy. Knajpka była strzałem w dziesiątkę - wprawdzie spóźniliśmy się na happy hour ale jedzenie było pyszne. Ja dla spróbowania wziąłem zupę pomidorową z krewetkami i wódką :) A na drugie zeppeliny smażone na głębokim oleju. Ania miała zeppeliny gotowane i jej były zdecydowanie lepsze. Podane były z lekkim śmietanowym sosem.

Po powrocie do hostelu okazało się, że rodzice umówili się jeszcze na dzisiaj z moją kuzynką Bożeną. Ania z dzieciakami mieli już dosyć łażenia, a my w czwórkę zapakowaliśmy się do auta Bożeny i pojechaliśmy pod Kościół Św. Piotra i Pawła. Tam były jakieś uroczystości, masa ludzi, aut więc nie zatrzymując się pojechaliśmy na Belmont, gdzie na terenie starego młyna urządzono miejsce wypoczynku - knajpki, ścieżki, mostki, fontanny... Podeszliśmy na most linowy przez który przechodzi się w stronę Kolonii Kolejowej - osiedla na którym mieszkała babcia.

Następnie pojechaliśmy na pobliską skarpę nad Wilenką, z której jest piękny widok na zakole Wilenki, Belmont, starą puszkarnie, w której odlewano armaty dla cara i Kolonię Kolejową. Potem była jeszcze Góra Trzech Krzyży z widokiem na Wilno i chwilę przed zmierzchem wróciliśmy do hostelu.

Wilno - dzień pierwszy

25 lipca 2010

Chwilę po 7 rano wyjechaliśmy z Braniewa w stronę Giżycka gdzie byliśmy umówieni z moimi rodzicami, który jechali z Morąga. Mieliśmy trochę czasu w zapasie, więc zboczyliśmy z drogi i zaliczyliśmy Reszel - bardzo ładne miasteczko. Krótki przystanek w Kętrzynie na uzupełnienie zapasów soczków i wody mineralnej i przed 12 byliśmy na stacji w Wydminach gdzie czekali rodzice. Przekazaliśmy krótkofalówkę i przez Olecko dojechaliśmy do Suwałk gdzie trzeba było zatankować.

Granicę przekroczyliśmy w Budzisku i pierwsze co nam się rzuciło w oczy po przejechaniu kilku kilometrów to pustki - żadnych wsi, żadnych terenów zabudowanych... tylko pola, łąki i gdzie nie gdzie domki. Do Kowna przejeżdżaliśmy przez tylko jedno miasteczko. Jechaliśmy drogą A5, co sugerowałoby autostradę ale miała jeden pas i kolizyjne skrzyżowania. Na szczęście jakość drogi bez zarzutu, ruch mały więc jechało się dosyć szybko. Kowno objechaliśmy obwodnicą i skierowaliśmy się prosto w stronę Wilna. Tutaj były już dwa pasy i... przystanki autobusowe :)

Po 15 bezbłędnie trafiliśmy pod hostel, gdzie czekała nas mała gimnastyka - wąska uliczka, wysokie krawężniki i wąska brama pod kątem 90° Obyło się bez ofiar ;) A w następnych dnia trzeba było jeszcze zamienić 2 auta miejscami na wąskim podwórku, wyjechać z brami a potem w środku nocy jeszcze raz wjechać :)

Po wypakowaniu się i krótkim odpoczynku poszliśmy na spacer w kierunku Ostrej Bramy mijając po drodze Kościół Św. Mikołaja (ponoć najstarszy w Wilnie), Kościół Wszystkich Świętych i halę targową. Ze względu na porę pod i w kaplicy było niewiele osób. Ze dwie osoby wchodziły na kolanach po schodach, kilka osób się modliło. Zaraz obok jest kościół Św. Teresy gdzie było nabożeństwo w języku litewskim, więc tylko zaglądnęliśmy do środka. Podobnie było w pobliskiej cerkwi Ducha Świętego - tam właśnie się skończyło. Jesze było pełno oparów kadzidła. Dziewczyny nie miały chust więc nie wchodziliśmy do środka.

Pod Ratuszem weszliśmy w zaułki i przypadkiem trafiliśmy na Gimnazjum Jezuitów do którego chodził mój dziadek. Jak wróciliśmy pod Ratusz to dzieci zastrajkowały, że już są zmęczone i chcą do hostelu. Rodzice poszli w stronę Katedry, Ania z dziećmi do hostelu a ja do sklepu po coś na kolację. W sklepie mega porażka - chciałem kupić jakieś lokalne smakołyki, a tu słodycze praktycznie wszystkie z polski, plus marsy, snickersy... kupiłem draże ze Skawy. Chipsy i paluszki z Polski, cukier, nabiał, makarony... nie znalazłem niczego lokalnego. Tylko piwo było lokalne, więc kupiłem kilka na spróbowanie. Następnego dnia dopiero się dowiedziałem, że jest dobry lokalny ser biały - jest lokalny ale nasze lepsze ;)

Rodzice zaliczyli Katedrę i elegancki Prospekt Giedymina


Wyświetl większą mapę

Żuławy - ósmy dzień urlopu

24 lipca 2010

Rano o 4 drugi raz uderzyliśmy na plaże zapolować na bursztynki. Tym razem były fale ale nigdzie nie było kotłujących się drewienek i bursztynków :( Dosyć szybko zaczął padać deszcz, więc zapakowaliśmy się w auto i wróciliśmy do domku.

Trzeba było się szybko zwinąć, bo na 14 byliśmy umówieni na obiad w Braniewie, a jeszcze chciałem oglądnąć kilka miejsc po drodze. Pierwszym punktem była przeprawa promem przez przekop Wisły w Mikoszewie. Kolejka była niewielka, więc załapaliśmy się w pierwszej turze. Zupełnie inaczej było po drugiej stronie gdzie sznurek aut miał jakies 500m albo i lepiej.

Z Mikoszewa pojechaliśmy do Zuławek gdzie są stare mononickie domy z podcianiami. Skoro ogłaszają się wielkimi tablicami już 15 km wcześniej to liczyliśmy na jakieś drogowskazy w samej wsi - niestety się rozczarowaliśmy. Na szczęście udało się trafić na jeden dom i kilka innych starych chałup. Dodatkowym bonusem była oranżada z kapslem - takim zamykanym - kupiona w małym sklepiku we wsi

Następnie przez Rybiny, gdzie jest najwieksza na Żyławach przepompownia (23 m3 wody na sekundę) pojechaliśmy do Krynicy Morskiej. Pierwszy i ostatni raz :) Takiego tandetnego jarmarku to nawet w Zakopanem pod skoczną nie ma, a starają się bardzo. Stragan z tandetą na straganie, budka z żarciem na budce, masa ludzi i samochodów... Liczyłem, że może są tam jakieś ładne domki czy coś... nic :( Szybko - czyli jakieś 40km/h za wlokącym się Niemcem uciekliśmy stamtąd.

Po drodze do Braniewa zaliczyliśmy jeszcze jeden prom i przejazd przez Tolkmicko i Frombork. We Fromborku bylismy już 2 razy, a że pora obiadu się zbliżała to nie zatrzymywaliśmy się po drodze


Wyświetl większą mapę

Gdańsk - siódmy dzień urlopu

23 lipca 2010

W piątek od rana brzydka pogoda, więc zdecydowaliśmy się skoczyć do Gdańska, a żeby uniknąć korków udaliśmy się na tramwaj wodny :) Rejs tramwajem trwa godzinę i płynie się Mołtwą do nadbrzeża na przeciwko Sołdka. Szkoda, że przepływa się tylko przez kawałek portu a nie przez cały :( Niestety rejs do Westerplatte i spowrotem kosztuje 45zł, co jest zdecydowanie zbyt drogą imprezą.

Ledwie przeszliśmy przez Mariacką zaczęeła się szybko zbliżać burza, więc szybkim krokiem udaliśmy się do Muzeum Bursztynu w Bramie na końcu ulicy Długiej. Muzeum jest chyba dosyć nowe, więc może dlatego zbiory są bardzo skromne, chociaż kilka fajnych okazów mieli.

Tradycyjnie zaliczyliśmy pizze w Bistro na Piwnej i powolutku poszliśmy w stronę przystani. O 18 byliśmy spowrotem w Sobieszewie

Sobieszewo - od 3 do 6 dnia urlopu

22 lipca 2010

Następne 4 piękne słoneczne dni spędziliśmy na plaży. Dzieciaki praktycznie nie wychodziły z wody. Na poniższej panoramce możecie zobaczyć jaki tam jest dziki tłum w środku dnia ;) Wystarczy wejść wyjściem oddalonym o jakies 400m od głównego i się jest praktycznie samym :)

[[p:sobieszewo-plaza-panorama-s.jpg:sobieszewo-plaza-panorama.jpg:dziki tłum na plaży]]

Jedno nie dopisało - bursztynki :( Nie było sztormów :( Jednego dnia wybraliśmy się na wschód słońca - trochę kiepsko sprawdziłem kiedy jest i pojawiliśmy się o godzinę za wcześnie, kiedy jeszcze było ciemno

W czwartek był lekki wiatr od lądu, praktycznie zero fal i burza minęła nas o jakiś kilometr - w Orlinku padało

Grudziądz, Gniew, Sobieszewo - drugi dzień urlopu

Drugi dzień przywitał nas stalowoszarym niebem. Doprzejechania było tylko 190km więc spokojnie zjedliśmy sniadanko i zapakowaliśmy się do auta. Pierwszy przystanek to Grudziądz, który chciałem zobaczyć po obejrzeniu kręconego tam Tatraku. Pogoda nadal nie rozpieszczała, wiec zatrzymaliśmy się tylko na parkingu przy pięknych spichrzach i zaliczyliśmy przeprawę przez Wisłę po ponad kilometrowym stalowym moście

[[p:grudziadz-panorama-1-s.jpg:grudziadz-panorama-1.jpg:Grudziądzkie Spichrze]]

Następny punkt programu to krzyżacki zamek w Gniewie. Trafiliśmy akurat na wystrzał armatni na Anioł Pański. Kapitan wojsk zaciężnych przeprowadził krótkie szkolenie BHP: "małymi palcami zatkać uszy, otworzyć paszczę w celu wyrównania ciśnienia, mocno zawrzeć dupę, co by się nie zesrać jak odbita fala wpadnie w trzewia" ;) Wystrzał przez bramę na niezbyt dużym dziedzińcu był dosyć efektowny :) Zamek zwiedza się z przewodnikiem. Do oglądnięcia są zbroje husarskie, pamiątki z II wojny światowej na czele ze szczątkami He 111, sala poświecona leśnictwu, prezentacja bitwy pod Grunwaldem i ładne widoczki na okoliczne tereny.

Pora była obiadowa, wiec poszliśmy do baru gdzie można było zjeść m.in. "Kebap" i pizze "Kozaostra" (pisownia org.). Zdecydowaliśmy się na żurak jak się okazało z najcieńszym plastrem kiełbasy jaki w życiu widziałem i połóweczką jajka - a mówią, że krakusy to centusie :P

Z Gniewu prosto do Sobieszewa. Wyszło słoneczko, więc szybko wypakowaliśmy się z betami do domku, wskoczyliśmy w kąpielówki i nad morze. A po plaży była pierwsza pyszna flądra… i piwko :)


Wyświetl większą mapę

Toruń - pierwszy dzień urlopu

16 lipca 2010

Pierwszy dzień urlopu - kierunek Toruń. 430km. Wyjechaliśmy koło 6 rano o godzinę później niż planowałem. Wpierw A4, potem gierkówka, pełzanie przez Łódź i wreszcie stanie w wielkim korku za Włocławkiem i na koniec kolejny mega korek w Toruniu, który udało się trochę objechać opłotkami. Gorąc jak cholera, dobrze, że zrobiłem z klimą przed wyjazdem.

W Toruniu zatrzymaliśmy się w hostelu, który spełniał dwa podstawowe założenia: parking i centrum, bezpośrednie sąsiedztwo stacji Toruń Miasto dostaliśmy gratis :) Po krótkim odpoczynku potuptaliśmy na Stare Miasto. Sobota, godzina 16 a tu wszystko pozamykane… i ludzi jakoś tak mało. Ciekawe czy zamykają, bo ludzi nie ma czy ludzi nie ma bo pozamykane? Udało się kupić owocki w promocyjnej cenie, z zamykanego właśnie straganu, dorwać jakieś w miarę zimne picie i zaliczyć kurtynę wodną rozstawioną na Rynku Nowomiejskim przez strażaków.

Wcinając maliny przespacerowaliśmy się przez ulicę Szeroką i Rynek Staromiejski do Muzeum Piernika, gdzie okazało się, że będzie można wejść dopiero z następną grupą o 17 jeżeli się zbieże min 5 osób. 35 min czasu, a Krzywa Wieża zaraz obok więc poszliśmy pod wieże. Gabrysia twardo próbowała nam udowodnić, że da się stanąć pod ścianą z piętami dosunietymi do muru ale jakoś tak ciągle leciała do przodu ;) Chwilę pokręciliśmy się koło wieży i wróciliśmy do muzeum. 5 min do 17 a tu nikogo nie ma, 4 dalej nie ma, 3… ktoś idzie po schodach - uffff udało się przyszły 3 osoby, więc wchodzimy.

Żywe Muzeum Piernika jest zdecydowanie warte polecenia. Wpierw dowiedzieliśmy się o historii piernika, potem poznaliśmy z bliska ;) wszystkie składniki, a następnie każdy miał swój udział w wyrabianiu ciasta. Trzeba było ugnieść w formach, do pieca i… dowiedzieliśmy się, że pierniki są niejadalne :) Piernik dekoracyjny - pięknie wygląda i pachnie ale twardy jak kamień :)

Dosyć zmęczeni poszliśmy bulwarem nadwiślanym do hostelu.


Wyświetl większą mapę