sierpień 2010

Maramuresz

28 sierpnia 2010

Rano po śniadanku zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy do Şurdeşti, gdzie znajduje się do niedawna najwyższa drewniana cerkiew. Do niedawna, bo każda nowa cerkiew musi być wyższa od aktualnej rekordzistki. Ta w Şurdeşti ma 54m wysokości i jest wykonana w całości bez użycia gwoździ.

Musieliśmy się trochę cofnąć do głównej drogi i przez przełęcz Gutai pojechaliśmy dalej na wschód. Nie było by udanych wakacji bez serpentyn, które na przełęczy były super - wiły się przez dobre kilka kilometrów. Szkoda tylko, że są absolutnie nie widokowe :( Jest tylko jeden krótki odcinek bez lasu. No i pierwszy raz zobaczyliśmy jak można pięknie wyprzedać tira i dwa inne samochody na zakręcie, bez widoczności, co za tym zakrętem jedzie. I to nie był pojedynczy przypadek.

Za przełęczą przejechaliśmy przez wieś Mara i w Deseşti podjechaliśmy pod kolejną cerkiew. Cerkiew ta znajduje się na wzgórku pośród dosyć sporego i malowniczego cmentarza. Akurat na miejscu byłą wycieczka Niemców, więc weszliśmy do środka. Całe wnętrze pokrywają malowidła świętych, piekła, nieba... W następnej wsi zjechaliśmy z głównej drogi i udaliśmy się do Budeşti. Po drodze w końcu skończyła się zabudowa i można było pooglądać piękne widoki z wszechobecnymi bardzo charakterystycznymi snopkami siana. Ogólnie wsie w dolinie Izy są potwornie gęsto zabudowane, dosłownie dom na domu. I niestety domu budowane są bez ładu i składu - do ładnej drewnianej chatki przyklejony jest ogromny betonowy klocek. Za piękną rzeźbioną drewnianą bramą stoją dwa koszmarki. Wszystkie te stare, drewniane chaty giną wśród tandetnych domów. Ja rozumiem, że ludzie chcieli by żyć w lepszych warunkach niż dotychczas ale mogliby chociaż budować je w jednym stylu. A tak jest syf i dziadostwo :( W Budeşti są dwie cerkwie drewniane - my podjechaliśmy pod górną, skromniejszą położoną tradycyjnie w środku cmentarzyka. Koło dolnej przejechaliśmy.

Wróciliśmy na główną drogę i w Bârsanie zatrzymaliśmy się przed Monastyrem. Ania i dzieci nie zachwyceni oglądaniem kolejnej cerkwi zostali koło auta. Klasztor jest zbudowany na początku lat 90 ale wygląda jakby dopiero co skończyli. Budynki piękne, bardzo ładnie rozmieszczone. Klomby z kwiatami, ścieżki, studnie... Wszystko bardzo ładnie wygląda.

Następnym przystankiem była oddalona o 1,5 km od głównej drogi wieś Ieud, która wg przewodnika jest najbardziej atrakcyjna i uznawana, za żywy skansen. Niestety tutaj też domy giną w zalewie nowej tandety :( Podszedłem pod cerkiew i pojechaliśmy w stronę Săpânţy wzdłuż granicy ukraińskiej przez Vişeu de Sus

W Săpâncie słynny wesoły cmentarz. Szkoda, że nie można było poczytać opisów na nagrobkach - przydałby się uniwersalny translator ze Star Treka.

Zwiedzanie cmentarza zakończyliśmy około 16 i wyruszyliśmy w stronę Tokaju gdzie mieliśmy w planie zjedzenie kolacji. Jeszcze po stronie rumuńskiej wjechaliśmy do wsi Certeze. Od razu widać, że coś jest nie tak... domy jakieś takie ogromne, większość z nich projektowanych cyrklem :) każdy następny bardziej "wypasiony" i kulminacją jest dom z 3m posągami, kolumnami, płaskorzeźbami. Szok. Jak już w domu zaczęliśmy szukać informacji przeczytaliśmy, że wszyscy reagują podobnie. Wjeżdżają do wsi i po chwili łapią za aparaty i kamery :)

Na granicy trafiliśmy na kolejkę na 10 aut. Patrzymy a tu trzepią auta z rejestracjami z Włoch, Hiszpanii... sprawdzanie dokumentów, otwieranie bagażników... podjeżdżamy, dajemy dokumenty a Pan nam oddaje nie patrząc nawet na nie i pokazuje, żeby jechać :)

Do Tokaju dojechaliśmy po 20 i przykra niespodzianka - większość miejsc zamkniętych, włącznie z knajpką, w której mieliśmy zjeść kolację :( Na szczęście znalazła się restauracja z dobrym jedzonkiem. Zeszło nam tam w sumie 1,5h i o 22 wyjechaliśmy w stronę Krakowa. Do Krakowa dotarliśmy chwilę po 5 rano zaliczając jeden objazd na Słowacji i dwa przystanki na herbatkę. Przyjechaliśmy i padliśmy na twarz - 24h po przebudzeniu w Rumunii.

Jak już się obudziliśmy sąsiad przekazał nam "radosną" nowinę, że było włamanie do piwnicy. Serce mi stanęło - poszły rowerki. Okazało się, że wprawdzie włamali się do mojej piwnicy, zerwali skobel i rowerów nie ruszyli. Ukradli tylko rower sąsiada.


Wyświetl większą mapę

Hortobágy, Baia Mare

26 sierpnia 2010

W czwartek rano zwinęliśmy się z Egeru i wyruszyliśmy w stronę Baia Mare w Rumunii robiąc po drodze mały rekonesans w Hajdúszoboszló. Dosyć szybko przejechaliśmy przez Jezioro Cisa. Piszę, przez, bo droga wiedzie groblą przez środek tego drugiego co do wielkości zbiornika wodnego na Węgrzech. Następnie wjechaliśmy do Parku Narodowego Hortobágy, w środku którego płynie rzeka Hortobágy przez wieś Hortobágy. Wieś ta jest w sumie jednym dużym muzeum Puszty - jest wystawa poświęcona historii i życiu na Puszcie, mini zoo, ptaszarnia, targ... jest też dziewięcioprzęsłowy most - najdłuższy kamienny most na Węgrzech.

Stamtąd było już niedaleko do Hajdúszoboszló - letniej stolicy Polski :) Oprócz ogromnego kąpieliska ze sztucznym stawem nie ma tam za bardzo nic ciekawego. Takie turystyczne miasteczko. Raczej tam już nie zawitamy.

Przez Debreczyn dojechaliśmy do granicy i niespodzianka - Rumunia nie jest w Schengen - trzeba było pokazać paszporty... i szczura. Chwilkę się zastanawiali co z nim zrobić, potem się uśmiechnęli i puścili nas. Wyjechaliśmy na drogę do Satu Mare. Droga na całej długości w remoncie, na szczęście już nowa nawierzchnia była, tylko kopali rowy, więc co kawałek trzeba było wymijać koparki. We wsiach raczej bidnie, miejscami wyglądało to trochę jakby przeszedł jakiś huragan :) Auta mają raczej nowe, jeżeli Dacie to z tych nowszych. Ale jest masa wozów konnych - głównie Cyganie. I we wsiach praktycznie przed każdą chatą sprzedają ziemniaki, papryki, owoce. Za wioskami też - co kawałek pleciona buda lub wóz z arbuzami lub jakimiś warzywami. Dla kontrastu w jednym miejscu było wykoszone pole kukurydzy i elegancki bankiet. Przy niewykoszonej części tabliczki z nazwami gatunków kukurydzy, ładnie odsłonięte kolby. Może jakieś GMO :)

Za Satu Mare GPS poprowadził nas drogą na Apa, która kiedyś miała asfalt i kostkę, a teraz jest drogą głównie bitą :) lepiej się jechało poboczem niż środkiem. Asfaltowa droga też jest jak się potem okazało ale mieliśmy mały off road :) Do Baia Mare dojechaliśmy koło 17.30, dojechaliśmy do dawnego Rynku, gdzie udałem się pieszo na poszukiwanie noclegu. Zdecydowałem się na drugi z odwiedzonych pensjonatów - wszystkie co mijaliśmy były 3 gwiazdkowe ;) ten był ciut tańszy od pierwszego ale i tak kosztował 220 zł za 4 osoby, bo mieli tylko apartament - 2 pokoje (każdy z TV) i łazienkę. Do tego niezłe WiFi, ręczniki i śniadanie - najbardziej luksusowy nocleg w te wakacje :) Szybko się rozpakowaliśmy i poszliśmy na spacer. Oglądania dużo nie ma - na Rynku jest kilka knajpek i ładnych odnowionych kamienic, obok uważana za symbol miasta wieża Św. Stefana - pozostałość po spalonej katolickiej katedrze. Baszta Rzeźników - jedyna pozostałość po murach miejskich była w remoncie. Spod niej poszliśmy na Plac Rewolucji z "monumentalnymi gmachami publicznymi, hotelami, eleganckimi sklepami i restauracjami". Tak napisali w przewodniku - nie wiem co autorzy palili, bo po wejściu na plac zobaczyliśmy obskurne odrapane bloki, jakiś bar i sklepy niezbyt eleganckie :) Ratusz jest owszem duży ale do monumentalnego to trochę mu brakuje, obok jest hotel i kilka sklepów tylko, że zgodnie z mapą to już nie Plac Rewolucji. Później się okazało, że nie tylko z tym się pomylili w przewodniku. Spacer zakończyliśmy w knajpce na Rynku. Zdecydowaliśmy się na pizzę, na którą czekaliśmy ponad 30 min - 3 kelnerki nie bardzo sobie radziły ze sporą liczbą ludzi. Pizza była smaczna.


Wyświetl większą mapę

Eger i okolice

W poniedziałek zaraz po śniadaniu poszliśmy na baseny termalne w Egerze. 5,3 ha i 7 basenów :) Nie ma tu wprawdzie zjeżdżalni ale woda jest cieplutka i gdzie nie gdzie śmierdząca ;) I kosztuje to niecałe 75 zł za 4 osoby za dzień :) No i mają dobre Langosy :)

Wysiedzieliśmy się tam do 18 z hakiem i przez stare miasto wróciliśmy na camping. Potem wizyta w piwniczce Hagymási celem uzupełnienia zapasów wina i tradycyjna posiadówka tym razem do menu włączyliśmy zakupiony ostry sos paprykowy :)

Następnego dnia w ramach zmiany klimatu pojechaliśmy 50 km do Gyöngyös, przejeżdżając po drodze przez Egerszalók.

Tym razem nie były to baseny termalne ale spory basen miejski za 2600HUF (39zł) za dzien. Był jeden duży olimpijski basen odkryty, basenik dla dzieci i 3 baseny kryte. Na basenie było puściuteńko.

Posiedzieliśmy do oporu, a następnie wyskoczyliśmy do Doliny Pięknej Pani po wino i gulasz w kociołku przy cygańskiej muzyce na żywo w Kulacs Csárda. Gabrysia dzielnie wcięła prawie cały :)

Kolejny dzień i kolejne kąpielisko - tym razem oddalony o 22 km od Egeru Mezőkövesd Zsóry Fürdő. Pogoda od rana była nie za specjalna - stalowo szare chmury i trochę straszyło deszczem. Tutaj było jeszcze mniej ludzi niż na wczorajszym. Zaraz za wejściem był spory okrągły tor wodny z małymi zjeżdżalniami, kaskadami i jak się później okazało rwącą rzeką. Woda była dosyć chłodna. Na środku na podwyższeniu był spory basen ale jakiś taki niedopełniony wodą. A niedopełniony był, bo co godzinę, przez 10 min była tam sztuczna fala i to dosyć spora. Absolutny hit tego dnia :) Oprócz tego był fajny basenik dziecięcy ze zjeżdżalnią, grzybkiem i tarasami wodnymi. Duży basen gorącą i śmierdzącą wodą i dwa mniejsze też termalne jeden z śmierdzącą leczniczą drugi ze zwykłą i bąbelkami. Są tam jeszcze kryte baseny i łaźnie, które były w rozbudowie. Tutaj posiedzieliśmy do 17, bo w planie było jeszcze nocne moczenie tyłków w Egerze. W międzyczasie wypogodziło się :)

Wracając zahaczyliśmy o centrum Mezőkövesd, gdzie na kilku ulicach jest żywy skansen z tradycyjnymi chałupami, w których oglądać można rzemieślników przy pracy.

Znowu wizyta w Dolinie i kolacja w trochę mniej znanej Nótafa Kisvendéglő ale jak dla mnie najlepszej knajpce. Zamówiłem sobie absolutnie genialny gulasz z dzika za 1200 HUF (16zł). Gabrysia za podobną cenę miała dwa duże schabowe z frytkami, Staś dwa panierowane sery. Uzupełniliśmy zapasy wina i najedzeni pojechaliśmy na nocne moczenie w basenach termalnych w Egerze. Posiedzieliśmy tam do 22 z hakiem i maksymalnie zrelaksowani poszliśmy spać.

Esztergom, Wyszegrad, Szentendre, Eger

22 sierpnia 2010

Drugi urlop zaczął się pechowo, a w zasadzie pech pojawił się na 3 dni przed urlopem. Wracając z wioski, podczas deszczu Ania wpadła w poślizg na zakręcie w Rącznej. Jak tył zaczął uciekać to depnęła n hamulec, zjechała na lewo na wewnętrzną (wszyscy na tym zakręcie wypadają w prawo - już tam nie m krzaków i drzew), lewym kołem zahaczyła o podjazd do posesji. Koło prawie wyrwało, a ją obróciło o 180° i prawym narożnikiem ścięła dwa murowane słupki. Ani nic się nie stało, a jeepek oprócz wykrzywionego przedniego koła miał wgnieciony tylni błotnik i rozbite tylne światło (sam plastik). Wiedziałem, że Jeep jest pancerny ale, że aż tak. Już był późny wieczór, więc auto na lawetę i pod warsztat w Borku. Następnego dnia rano dowiedzieliśmy się, że w warsztacie mają w kolejce 40 aut do zrobienia ale postarają się do soboty zrobić. O ile będą wszystkie części. Okazało się, że oprócz zerwanych sworzni, powykrzywianych drążków jest też skrzywiony most :( na szczęście udało się go wyprostować - autem można jechać ale most jest docelowo do wymiany. Całe szczęście, że przy zimówkach miałem takie same felgi i że udało się w piątek dorwać tylne światło w Wieliczce. W wymianę zderzaka już się nie bawiłem. W międzyczasie w ekspresowym tempie niecałego 1 dnia zrealizowałem plan B - kupno i wymiana opon na letnie w Astrze (zajeżdżałem zimówki, które i tak miały iść do wymiany w tym roku), wymiana żarówek, podbicie badań technicznych, wymiana sondy lambda i regulacja gazu...

Pierwotnie mieliśmy jechać do Zakopanego po dzieci w sobotę ale pewnie jechalibyśmy ze 4h albo i lepiej więc szybko zapakowaliśmy się do auta i po północy wyjechaliśmy z Krakowa. Koło 2 byliśmy na miejscu. Auto świeżo po naprawie więc jechałem bardzo spokojnie.

Żeby nie wbijać się na camping w Egerze środku weekendu postanowiliśmy pojechać na Węgry w niedzielę z samego rana, więc przetuptaliśmy się na Krupówki, na targ i potem na linki.

W niedzielę pobudka o 4 rano, do samochodu i w drogę. Punkt pierwszy położony nad Dunajem Esztergom z przepiękną i ogromną Bazyliką - siedzibą prymasa Węgier.

[[p:esztergom-panorama-s.jpg:esztergom-panorama.jpg:Esztergom]]

Następnie drogą nad Dunajem pojechaliśmy do Wyszegradu gdzie podjechaliśmy pod górny zamek. Niestety parking był totalnie zawalony i pomimo przejechania 2x koło niego nie znalazło się miejsce. Policja kursowała tam i z powrotem, więc nie ryzykowaliśmy stawania na zakazie. Zatrzymaliśmy się na chwilę poniżej zamku w miejscu gdzie był piękny widok na zakole Dunaju.

[[p:wyszehrad-panorama-s.jpg:wyszehrad-panorama.jpg:Wyszegrad]]

Ostatnim punktem w programie było malownicze miasteczko Szentendre. Kręte wąskie uliczki, kawiarenki, sklepiki. Miasto jest maksymalnie nastawione na turystów (1,5mln rocznie, a miasteczko ma 20tys mieszkańców) ale nie widać tandety jak w odwiedzanej niedawno Krynicy Morskiej.

Upał był niemiłosierny, więc poszliśmy do ponoć jedynego na świecie muzeum marcepanu :) Dzieciaki dostali po figurce, a Ania serduszko :)

Przez Budapeszt pojechaliśmy do Egeru po drodze mijając ogromne pola słoneczników. Tam rośnie słonecznik i kukurydza - pewnie robią z tego paliwo :) I oczywiście zaliczyliśmy jedno z licznych stoisk z arbuzami i brzoskwiniami. Im bliżej Egeru tym więcej winnic. Okazało się, że nasz camping jest jakieś 300m od Doliny Pięknej Pani - miejsca gdzie ulokowanych jest ponad 50 piwniczek z winem i knajpki z lokalnym jedzeniem :) Najbliższą piwniczkę mieliśmy praktycznie przy wyjściu z campingu :) Ceny 400-500 HUF za litr. Czyli 6-7 zł :)

Na campingu okazało się, że domek jest droższy tylko o ok 20 zł od namiotu, więc nie zastanawialiśmy się, długo tylko wybraliśmy domek. Zwłaszcza, że pojechał z nami Myszor (szczur), któremu zdecydowanie lepiej będzie w zacienionym domku, a nie w namiocie. Mysza w tym roku się najeździła - jakieś 5 tys km (polskie morze, mazury, Litwa, Węgry, Rumunia...)

Pora już była późna, więc nie udało się dostać na basen. Dzieciaki zmęczone zapakowały się do domku, a my z Ania poszliśmy zwiedzać winiarnie i zaliczyliśmy pierwszy gulasz przy muzyce na żywo w Ködmön Csárda. Potem było jeszcze winko i arbuz do późnej godziny przez domkiem.

Trasa pierwszego i drugiego dnia - 589 km


Wyświetl większą mapę

kierunek Rzeszów

Na weekend wybraliśmy się do Głogowa Małopolskiego do znajomych Ani ze studiów. Staś z Gabrysią w piatek pojechali z dziadkami do Zakopanego, więc w dwójkę, a w zasadzie w trójkę, bo z psem zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy. Nauczeni doświadczeniem - kiedyś staliśmy 45 min na wylocie autostrady w Szarowie - pojechaliśmy 4 przez Wieliczkę i zaraz za zjadem autostrady, przed Bochnią staneliśmy w korku. Jak tam jest korek, to będzie aż do Bochnii i potem w Brzesku… szybka decyzja jedziemy bokiem przez Nowy Wiśnicz. Tam było pusto :) Wyjechaliśmy w Wojniczu na 4 i w Pilźnie następny korek za mostem, który niestety trzeba było przecierpieć, bo nasz zjazd był kilomert dalej, więc nie opłacało się szukać przezprawy przez Wisłokę gdzie indziej. Naszym pierwszym przystankiem miał być 17 metrowy pomnik Chrystusa Pana w Małej. Pomnik stoi na szczycie wzgórza i widać go już z dobrych kilku kilometrów. Zanim tam dojechaliśmy kilka kilometrów wcześniej wpadliśmy na dwa dinozaury :/ Jaka była intencja postawienia ich koło schroniska młodzieżowego nie wiem… ale stoją sobie koło wieży widokowej :)

Następnym przystankiem miała być Stępina z prawie półkilometrowym schronem kolejowym. GPS poprawadził nas na leśny trakt, gdzie wpierw drogę zagrodziło nam powalone drzewko, a kawałek dalej urwana szosa :/ Treba było zapiąć reduktor, wykręcić na poboczu i wrócić na asfalt. Przed Stepiną zapytaliśmy się lokalsa, gdzie jest schron kolejowy, to pokazał nam bunkier w swoim ogródku :) a potem powiedział, że ten duży to za zakrętem :) Spore bydle - schron kolejowy, nie lokals. Składa się z głównego tunelu i chodnika technicznego idącego równolegle. Na całej długości tory są zasypane i wyłożone płytami chodikowymi - chyba był tu jakiś magazyn po wojnie. A ja oczywiście musiałem się zapakować po kostki do wody, na szczęście było ciepło więc szybko wysuszyłem się :) Powoli zbliżała się pora obiadowa więc pojechaliśmy prosto do znajomych. Po drodze o mało nie padliśmy ze śmiechu - z naprzeciwka nadjeżdżał polonez z ogromnym materacem na małżeńskie łóżko na dachu. Z bliska okazało się, że zarówno pasażer jak i kierowca trzymają materac rękami. Dobrze, że nie odlecieli ;)

Wieczorkiem poszliśmy na specer po Głogowie, przeszliśmy przez ryneczek, a za szkołą doszliśmy do domu ze świetnymi trollami na murze :) Tak w ogóle to właściciel tego domu ma lwa :) Po spacerku był grill i ognisko do późnej nocy :)


Wyświetl większą mapę

W niedzielę o 17 mieliśmy być w Krakowie, więc po śniadanku wyjechaliśmy w stronę Krosna. Pierwszy przystanek Blizne z przepięknym gotyckim drewniamym kościołem. Kościółek stoi na pagórku, otoczony starymi lipami i zabudowaniami kościelnymi. Potem był Haczów z kolejnym gotyckim drewnianym kościołem. Jest to największy kościół o konstrukcji zrębowej i jeden ze starszych. W 2003 roku wraz z kościołem w Bliznem oraz innymi zabytkowymi drewnianymi kościołami Małopolski został umieszczony na liście światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO.

Stamtąd pojechaliśmy do Rezerwatu Prządki. Dużo ciekawsze jest skalne miasto w Ciężkowicach. Rzut beretem jest Zamek Kamieniec w Odrzykoniu. Jednym z jego właścicieli był Aleksander Fredro, który przeglądając stare dokumenty natrafił na akta procesowe właścicieli zamku odrzykońskiego z pierwszej połowy XVII wieku: Piotra Firleja i Jana Skotnickiego. Na tej podstawie napisał swoją najsłynniejszą komedię - Zemstę.

Zaczęło się robić późno, więc skierowaliśmy się w stronę Krakowa, do którego dotarliśmy o 17:10 na 1s przed Agnieszką, z którą się umówiliśmy - wyprzedziłem ją na wertepach przed naszym blokiem :) Wieczorkiem zaliczyliśmy jeszcze przepyszny obiadek we włoskiej restaturacji w Pasażu Ruczaj.


Wyświetl większą mapę

Morąg, biwak nad Wisłą, Piekło i Biała Góra - 3 końcowe dni urlopu

1 sierpnia 2010

Rano, po sniadanku złożyliśmy namioty, zakapowaliśmy się do auta i wyruszyliśmy do mojej Babci do Morąga. Na nasze nieszczęście posłuchałem taty i zamiast 3 cyfrowymi drogami przez Kętrzyn i Dobre Miasto pojechaliśmy czerwonymi, dwu przez Mikołajki i Olsztyn, przez co trafiliśmy na masę fotoradarów, remontów z ruchem wahadłowym i przebijanie się przez Olsztyn, czego efektem była o ponad godzinę dłuższa jazda.

U Babci posiedzieliśmy do wieczora rozmawiając, pokazując zdjęcia z Wilna, oglądając stare zdjęcia i uzupełniając drzewo genealogiczne na geni.com.

Potem przez Elbląg i Malbork, tuż przed zmrokiem dotarliśmy nad Wisłę do Mątowych Wielkich, gdzie od 20 lat zawsze w ostatni tydzień lipca Ani rodzina robi mały zlot i zawody wędkarskie. Rozbijają się w tym samym miejscu na polderze nad Wisłą. Szybko rozbiliśmy namioty i zorganizowaliśmy ognisko.

Następny dzień leniuchowaliśmy, smażyliśmy się na słońcu, gadaliśmy i leniuchowaliśmy, aż zaczęło mnie trochę nosić, więc z Ania zapakowaliśmy się do autka i pojechaliśmy do Piekła :) Wieś na końcu świata, asfalt dziurawy jak ser szwajcarski, nie było nawet tabliczki, przy której można było by sobie zrobić zdjęcie. Na szęście wieś dalej jest ciekawa śluza rozdzielająca Wisłę i Nogat. W promocji dostalismy widowisko pt. przeprawianie barki przez śluzę. Barka była konkretna, dwuczłonowa + pchacz. Wszystko odbywało się ręcznie. Wpierw rozczepili barkę i w dwie osoby przeciągnęli do śluzy. Potem dwie osoby korbami zamknęły wrota, potem znowu korbami otworzyli otwory odprowadzające wodę… całość trwała może 15 min.

Wieczorkiem uzbieraliśmy pokaźną górę gałęzi i do później nocy siedzieliśmy przy ognisku. Powoli coraz więcej osób szło spać, a gałęzi masa. Przyspieszyliśmy spalanie tworząć piekne ponad 2m ognicho :)

Rano na spokojnie spakowaliśmy się i przez Płock, Sochaczew, Radom i Kielce pojechaliśmy do domku. I tak szybciutko przeleciało 2 tygodnie urlopu. Przejechaliśmy jakies 2700 km.


Wyświetl większą mapę