listopad 2010

Park Solvay

21 listopada 2010

Rynek i Podgórki

14 listopada 2010

Rano byliśmy na 9 do Anny, więc po cichu liczyliśmy, że na 10 nie będzie dużo ludzi do Podziemi Rynku... przeliczyliśmy się kolejka na 30m jak nic :( Odczekamy jednak ze 3 mce może tłumy się przewalą.

Po 14 pogoda ciągle była piękna, słoneczko świeciło, 20° więc szybko wskoczyłem na rowerek i kierunek Podgórki. Dzisiaj sporo osób spacerowało, jeździło... sporo to znaczy jakieś 20 :) Trochę się pokręciłem, poodkrywałem nowe ścieżki, prawie zaliczyłem kraksę fajnie było. Dobrze, że ubrałem jednak bluzę termiczną, bo jak wracałem to się ściemniało i zrobiło się szybko chłodno.

zapis trasy z GPSa

rowerowa sobota

13 listopada 2010

Pogoda dzisiaj dopisała, więc uległem namowom Gabrysi i poszedłem z nimi na rower do lasku przy Żywieckiej i do Parku Solvay

Po godzinie jeżdżenia w kółko po alejkach dzieciaki wymiękły a ja korzystając z jeszcze piękniejszej pogody popędziłem w stronę Podgórek Tynieckich. Tam się chwilę pokręciłem i przez Tyniec, Tor Kajakowy i Skotniki wróciłem do domku. Nad Wisłą było wyjątkowo pusto.

Karpacz rocznicowo

7 listopada 2010

Tradycyjnie na rocznicę ślubu, dwunastą rocznicę, zostawiliśmy dzieci w Krakowie, a sami wyskoczyliśmy na przedłużony weekend. Po dwóch wizytach w Kazimierzu czas na małą odmianę - Karpacz - też na K :)

Pogoda jak to bywa w listopadzie nie za ciekawa ale jednym z żelaznych warunków jest hotel z basenem i sauną, więc w zasadzie może lać ;) spacer można sobie odpuścić :)

Ania przeszukując przeróżne SPA (teraz każdy hotel / pensjonat to SPA) trafiła na Pałac Margot. Hotelik jest dosyć nowy, ma niespełna dwa lata i wymaga jeszcze trochę pracy. Wszystko psują detale, niestety tych detali jest sporo. W Kazimierzu w Willi Bohema nie było się do czego przyczepić, żeby nie było ;) W Margot powinni zatrudnić lepszego projektanta :) Pokój był z nazwy "Premium Lux" na ścianie była tapetka w jakiś bambusiki, która owszem pasowała do kanapki, ale kanapka już nie pasowała do reszty mebli stylizowanych na stare, bo kanapka była nowoczesna tak z BRW na oko. Do tapetki nie pasowały też kinkiety z "kryształami" z których jeden nie działał. Było owszem biureczko z krzesłem, ale nie dało się z niego skorzystać, bo stał na nim 30 calowy telewizor, który zajmował je w 100%. W łazience fajna duża kabina prysznicowa ale na ubikacji ktoś kto ma więcej jak 180 nie siadłby. Klucz do pokoju to plastikowa karta, na której chamsko ktoś nakleił metkę z ręcznie napisanym numerkiem. Sauna parowa nie działała i podobno już od dłuższego czasu nie działa. Nieoświetlony parking... Masa detali, które w sumie nie trudno wyeliminować a strasznie psują wrażenie hotelu, który ma wysokie aspiracje.

Żeby nie było, że tylko narzekamy - Wielki plus za basen - jest naprawdę fajnie zrobiony, z tunelem z rwącą rzeką, z jacuzzi w osobnym pomieszczeniu i przede wszystkim z kominkiem przy basenie. Kominek w takim miejscu po prostu bomba. Bardzo dobre śniadanie, duży wybór wszystkiego i następnego dnia było coś nowego. Bardzo czysto. I przede wszystkim ludzie jacyś tacy sympatyczniejsi niż w Kazimierzu, może ma to jakiś związek z tym, że na parkingu nie było aut z rejestracją zaczynającą się na W. Więc ogólnie na plus :)

W piątek po wizycie na basenie jak już trochę zgłodnieliśmy wybraliśmy się do włoskiej restauracji Mamma Mia. Mieliśmy tam podjechać autem ale okazało się, że to tylko 350m od hotelu :) Bardzo dobre jedzonko :) Jako przystawkę miałem sałatkę z ciemnego chleba, pomidorków koktajlowych, czerwonej cebuli, octu balsamicznego i świeżej bazylii mniam. Po kolacji chwila odpoczynku i potem byczenie się w saunie i na basenie :)

W sobotę w ramach "spacerku" podjechaliśmy pod Świątynię Wang. Jest to XII wieczny drewniany kościół, który ponad 150 lat temu został przeniesiony z miejscowości Wang w Norwegii do Karpacza.

Deszcz coraz bardziej padał, do tego dosyć zimny wiatr nie zachęcał do przebywania na otwartej przestrzeni, więc pojechaliśmy w miejsce, w którym samochód jest rekwizytem prydatnym w zwiedzaniu :) Miejscem tym jest anomalia grawitacyjna na ulicy Strażackiej. Zatrzymujesz samochód, wrzucasz na luz i auto powoli zaczyna jechać do góry.

Po spacerku był dalszy ciąg rozpieszczania - czekolada na gorąco, sauna i po odpoczynku pyszna kolacja w restauracji tajskiej. Ogień w kominku i przepyszne jedzenie.

W niedzielę po siadanku i krótkiej wizycie na basenie wymeldowaliśmy się i pojechaliśmy do domu. Dosyć mocno padało, więc nie zatrzymywaliśmy się na żadne zwiedzanie.

kapcie

7 listopada 2010
- Gabrysia nie ma moich kapci w waszym pokoju?
- Nie ma ale jest odkurzacz

Salwator

1 listopada 2010
Ehhh czy te miodki są coraz gorsze, czy jak się było dzieckiem to wszystko lepiej smakowało?