maj 2012

Gabrysi pierwszy publiczny występ skrzypcowy

17 maja 2012

Audycja dla rodziców. Trochę tremy było ale wyszło całkiem nieźle :)

Dolina Kluczwody, Ojców, Dolina Prądnika

6 maja 2012

Start spod Pałacu w Tomaszowicach czarnym szlakiem do Wąwozu Podskalańskiego. Tutaj się pogubiłem i zamiast jechać lewą stroną wąwozu ruszyłem do góry. Jak już się odnalazłem to czarnym dojechałem do Doliny Kluczwody. Tam trzeba kawałek przeprowadzić rower wąską ścieżką koło ogrodzenia. Wzdłuż płynącego przez dolinę potoku Kluczwoda w czasie zaborów przebiegała granica austriacko-rosyjska. Zaraz przy wejściu do górnego końca doliny można zobaczyć odtworzone słupy graniczne ustawione po obu stronach doliny. Nad doliną są też ruiny zamku rycerskiego, a raczej pozostałości ruin i za bardzo nie ma co oglądać :)

Z doliny dalej czarnym szlakiem do Jaskini Wierzchowskiej i tam przesiadka na czarny rowerowy. Po przejechaniu przez szosę na Olkusz po chwili dojeżdża się do granicy Ojcowskiego Parku Narodowego i zaczyna się piękny zjazd pod sama Bramę Krakowską, skąd jest tylko rzut beretem do centrum Ojcowa i zamku. Tam chwila odpoczynku i powrót czarnym rowerowym (jednocześnie czerwony Orlich Gniazd). Zamiast jechać prosto przez Kwietniowe Doły niepotrzebnie pojechałem asfaltem w prawo w stronę szosy na Olkusz. Podjazd jest dosyć ostry i mało ciekawy - potem musiałem spory kawałek jechać szosą olkuską do zjazdu na Tomaszowice.

Drogą Królewską przez Puszczę Niepołomicką

5 maja 2012

Udało się wyciągnąć Stasia na przejażdżkę po puszczy. Pojechaliśmy Drogą Królewską na skraj puszczy, po drodze mijając ośrodek hodowli żubrów. Udało się zobaczyć w oddali kawałek żubra ;)

Droga Królewska jest gruntowa i miejscami piaszczysta, więc na cienkich oponkach było by dosyć niewygodnie.

Wracając zaliczyliśmy lody na rynku.

Majówka w Bieszczadach

Mało brakowało a wyczekiwany majowy wypad w Bieszczady nie doszedł by do skutku. Oryginalnie planowaliśmy wyjazd 3 i powrót 6 maja ale na tydzień przed wyjazdem Ania zorientowała się, że 5 maja Staś ma egzamin do szkoły muzycznej II st :/ Nie było szans na przesunięcie na wcześniejszy termin, bo wszystkie miejsca były już zajęte, a poza tym nie jechaliśmy sami. W końcu doszliśmy do wniosku, że jedziemy dzień wcześniej i jakby nie zwolnił się żaden domek to bierzemy namiot, a jedno z nas wróci ze Stasiem wcześniej na egzamin.

W planie mieliśmy zaliczyć po drodze wsie łemkowskie, więc wyjechaliśmy około g. 7 rano. Do pierwszego celu - wsi Bodaki - dotarliśmy bez przystanków. Zatrzymaliśmy się na rozprostowanie nóg i oglądnięcie 2 drewnianych cerkwi. Potem kilka km dalej wieś Bartne i kolejne dwie drewniane cerkwie.

Do następnego punktu droga wiodła przez Magurski Park Narodowy i oczywiście sprawdziło się to czego się obwiałem. Trasa wyznaczona przez googlomapy i GPSa jest nie przejezdna (zakaz wjazdu). Lokals poradził nam, żeby cofnąć się i trochę na południe jest otwarta droga przez Wołowiec (na googlu jej nie ma) - przestawiłem GPSa i w drogę. Na dzień dobry po zjechaniu z czarnego przejazd w bród po płytach przez rzeczkę. Po jakimś kilometrze jazdy polną drogą szlaban - otwarty. Jedziemy dalej przed nami jakieś 4km szutrowej drogi. Już tak pod koniec naszła mnie reflekcja, że skora tam był szlaban to na drugim końcu też może być i to nie koniecznie otwarty. Jak się okazało nie tylko ja o tym pomyślałem ale nikt tego nie powiedział głośno. No do czasu aż nie dojechaliśmy do też otwartego szlabanu :) Kolejny przejazd przez rzeczkę, tym razem trochę głębszy i wyjeżdżamy do Nieznajowej - nie istniejącej już Łemkowskiej wsi. Zostało po niej tylko jedna chatka, kamiennych kilka krzyży i figurek oraz współcześnie postawione drzwi domu nr. 33 z pamiątkową tablica. Okolica piękna. Nie za wysokie górki Beskidu Niskiego, lasy, cisza i spokój. Świetnie miejsce na relaksacyjną jazdę na rowerku :)

Kilka km, ze dwa brody i dojeżdżamy do Krempnej gdzie czekając na wejście do Muzeum Magurskiego Parku Narodowego jemy śniadanko.

Muzeum niewielkie ale całkiem nieźle zorganizowane. W jakimś przewodniku pisali, że najnowocześniejsze w Polsce ale to nie był nowy przewodnik :) Głowna ekspozycja to odtworzony kawałek lasu z wypchanymi zwierzakami.

Z Krempnej kierujemy się na kolejną wieś Olchowiec. Dosyć szybko zaczyna się polna droga i kolejne brody. W pewnym momencie pojawia się niespodziewanie 300m odcinek całkiem przyzwoitego asfaltu przechodzący z powrotem w polną drogę. Jakby był trochę szerszy to pomyślałbym, że to jest lotnisko, ale chyba trochę za wąski był.

Po kilkunastu kilometrach docieramy do Zyndranowej do Muzeum Kultury Łemkowskiej. Na parkingu pusto, zresztą wszędzie w okolicy nie widać żywego ducha :) Jesteśmy 10 min przed zamknięciem, a tu nikogo nie ma. Drzwi zamknięte. Podszedłem do domu obok, co okazało się dobrą decyzją, bo trafiłem na Panią, która oprowadza po muzeum. Na moją uwagę, że dosyć pusto tu powiedziała, że wcale nie, bo jesteśmy już drugą grupą dzisiaj :) a wczoraj to ze 4 były :)

Muzeum mieści się w jednym nowym budynku oraz kilku pięknie odrestaurowanych drewnianych chatach. Część z nich to oryginalne chaty należące do pradziadka pani, która nas oprowadzała. Pradziadek był gminnym pisarzem i w jednym pomieszczeniu jest odtworzony gabinet z oryginalnym pismami urzędowymi w tym drukami spisu matołków (kretynów) - pisownia oryginalna - oraz nałogowych pijaków w gminie :)

To był ostatni punkt zwiedzania, więc skierowaliśmy się do Wetliny już asfaltem :) Po drodze przypomnieliśmy sobie o Schronisku w Woli Michowej, z nadzieją na dobre pierogi i być może nocleg. Niestety na miejscu okazało się, że schronisko jest w remoncie :( Ruszyliśmy dalej do Majdanu, gdzie chcieliśmy sprawdzić czy można kupić wcześniej bilety na wąskotorówkę i spisać godziny odjazdów. Przedsprzedaży nie ma :(

W Przysłupie zatrzymaliśmy się na przetestowanego rok wcześniej przepysznego smażonego pstrąga. Tym razem udało się załapać na ostatniego!! wędzonego. Palce lizać.

Na miejsce dotarliśmy koło 17 i oczywiście nie było wolnych miejsc - no bo kto b y zrezygnował z domku w taką pogodę. Pozostał nam namiot. Jeszcze przed wyjazdem Ania zdecydowała się na przespanie tej jednej nocy w aucie, więc spakowaliśmy tylko jeden materac. Oczywiście ten węższy, na który nie zmieszczą się 3 osoby, więc Gabrysię też wykopaliśmy do auta i całe szczęście, bo w nocy było masakrycznie zimno. Przydał się koc termiczny z apteczki samochodowej i koc polarowy. Do pierwszego słońca jakoś dotrwaliśmy :)

Po zjedzeniu śniadanka spakowaliśmy plecak i ruszyliśmy łapać busa w kierunku Ustrzyk. Po jakiś 20 min czekania udało się upolować i po krótkiej jeździe dotarliśmy do Przełęczy Wyżniańskiej - cel zielony szlak na Małą Rawkę. Staś jak zwykle wypruł do przodu ale tym razem nie zapomniałem o krótkofalówkach, więc co kilka minut się meldował :) Po dotarciu do schroniska Ania ze wzgledu na kiepskie samopoczucie zdecydowała się na powrót, a ja z Gabrysią ruszyliśmy dalej goniąc Stasia :)

Jeszcze sporo przed szczytem pojawił się śnieg, więc Gabrysia oczywiście dorwała się do pierwszego napotkanego :) A potem zaliczała każdą łachę po drodze.

Na Małej Rawce zaczęli już trochę marudzić ale udało się przekonać do zaliczenia Wielkiej Rawki. Chwila odpoczynku i ruszyliśmy w stronę Wetliny, do której dotarliśmy po jakiś 4h :)Nikomu już łączenie ze mną nie chciało się zasuwać przez całą wiochę asfaltem więc zadzwoniliśmy po transport :) Chwilę później do ośrodka dotarła reszta ekipy. Wieczorem grill i piwko :)

Następnego dnia w planach mieliśmy w planach Bieszczadzką Kolejkę Leśną. Do Majdanu dojechaliśmy na pół godziny przed odjazdem kursu do Przysłupa. Kupno biletów na ten kurs było nierealne - parking zawalony po brzegi - zaparkowaliśmy na ostatnim wolnym miejscu. Kolejka na godzinę stania ale dzięki temu, że skończyły się bilety też na kurs do Balnicy kupiliśmy na inauguracyjny kurs parowozem do Dołżycy. Mając 1,5h czasu do odjazdu wyskoczyliśmy na lody do Cisnej. Przy okazji wszamaliśmy placki i czipsa, czyli w bardzo pomysłowy sposób pokrojonego ziemniaka w spiralkę i nawleczonego na patyk :)

Do Dołżycy jechały dwa składy "na widoczność", wiec było to dosyć widowiskowe :) Trasa może nie spektakularna widokowo ale dzieciaki parowozy dotychczas widziały tylko w skansenie w Chabówce, więc atrakcja była :) =Po powrocie wyskoczyliśmy nad wodę. Wszyscy byli już głodni, więc poszedłem po pierogi do Starego Sioła. Chciałem kupić cztery porcje na wynos ale od właściciela usłyszałem, że mi nie sprzeda, bo cytuje "bardziej mi zależy na gościach przy stolikach". Pierwszy raz mi się coś takiego przytrafiło, nie bardzo wiem o co mu chodziło? Że piwa i coli nie zamówię czy co? Kij mu w oko, poszedłem obok do "Baru pod dachem" gdzie dostałem pyszne pierogi, a na dodatek taniej i nic nie policzyli za opakowanie. W następnych dniach to oni zarobili na nas, a nie Stare Sioło :P

Wieczorem pogoda się trochę załamała, a następnego dnia zdecydowaliśmy, że ja jadę ze Stasiem a Ania zostaje. Mnie by nosiło na łażenie po górach, a Gabrysia już miała średnią ochotę na dłuższe wycieczki.

Kilka panoramek z Małej i Wielkiej Rawki

[[z:mala-rawka-se]] [[z:mala-rawka-sw]] [[z:wielka-rawka-ne]] [[z:wielka-rawka-s]]
Wyświetl większą mapę