maj 2015

Szybki wypad w Tatry

9 maja 2015
Po tygodniu przeprowadzki Ani lokalu, poprzedzonym wypadem w Bieszczady wszystko mnie bolało ale  zostały 3 dni urlopu, którego żal było zmarnować na siedzenie w domu, więc postanowiłem zrealizować pierwotny plan i wyskoczyć w Tatry. Chwile mi zeszło na zebranie się i po 13 ruszyłem - na jakieś ambitne łażenie nie było siły ani czasu, więc od razu podjechałem do Kościeliskiej. Pogoda piękna, słoneczko, mało ludzi - idealnie na spacerek :) Załapałem się jeszcze na krokusy :)



Na sobotę miałem plan pojechać busem na Wierch Poroniec, potem Rusinowa i przez Gęsią Szyję do Gąsienicowej i Kuźnic. Obudził mnie deszcz bębniący w okno i całe plany poszły się... Zwłaszcza, że na niedzielę też zapowiadali deszcz. Pospałem, zjadłem śniadanie i deszcz przestał padać:) Do Rusinowej Polany jest tylko godzina, więc nie można być miętką fają i trzeba ruszyć dupę. Zapakowałem bety do auta i pojechałem. I to była BARDZO DOBRA DECYZJA - chyba najfajniejsze moje wyjścia w Tatry są w taką niepewną pogodę. Chmury przewalają się przez szczyty, z minuty na minutę zmieniając widoki. Siedziałem ze rozdziawioną paszczą chłonąc przepiękne widoki. 



Jak tylko ruszyłem w stronę Wiktorówek zaczął padać deszcz, na szczęście dosyć słabo więc do auta dotarłem bez potrzeby wyciągania peleryny.



Majówka w Bieszczadach

3 maja 2015
Po 3 latach przerwy udało się wrócić w Bieszczady - znowu na majówkę i znowu do Piotrowej Polany. Tym razem zarezerwowaliśmy domki wcześniej i nie trzeba było pierwszej nocy spędzać w namiocie, ale przy nieogrzewanych domkach i temp. 3st w nocy w sumie dużej różnicy to nie robiło :) Dobrze, że w bojlerze była gorąca woda, bo aluminiowy bidon świetnie spełniał się w roli termoforu. 
Ale po kolei - z KRK ruszyliśmy chwilę przed południem i na pierwszym parkingu na A4 spotkaliśmy się z Marcinem, który jechał z Łodzi. A4 do Tarnowa, potem 73 na Jasło, 992 na Nowy Żmigród, 993 do Dukli, chwilę E371 i potem przepiękna aczkolwiek mega dziurawą 897 w Bieszczady. Po drodze wzgórza ze wszystkimi odcieniami zieleni plus białe kwiaty. I serpentyny - bez serpentyn nie ma urlopu :) W Krzywym tradycyjnie już smażony pstrąg prosto ze stawu - jak zwykle przepyszny :) Stamtąd już rzut beretem do Wetliny. Godzinę po nas dojechała Agnieszka z Alexem, a w nocy Wojciech z Kamilem. Do kompletu byli jeszcze znajomi Marcina na kwaterze po sąsiedzku.
Następnego dnia po południu miało zacząć padać, więc postanowiłem o 7 ruszyć w kierunku Tarnicy, dla większości towarzystwa była to barbarzyńska pora więc pojechałem tylko ze Stasiem i Alexem. Auto zostawiliśmy w Ustrzykach Górnych na parkingu przy początku czerwonego szlaku - na parkingu byliśmy drudzy :) Dzięki wczesnej porze na szlaku pojedyncze osoby, pogoda dosyć spoko - słoneczko i umiarkowanie chłodno. Już idąc lasem było słychać jaki jest wiatr wyżej i jak tylko wyszliśmy na połoninę poczuliśmy go z całej siły - na Szerokim Wierchu przedmuchało nas na lewą stronę. Na ostatnim odcinku za skrzyżowaniem z niebieskim szlakiem ludzi było już sporo, zresztą cały niebieski szlak był dosyć zatłoczony.



Na szczycie posiedzieliśmy może 5 min i szybko się zmyliśmy bo wiatr był mocno dokuczliwy. Czas mieliśmy nawet niezły i przez chwilę zastanawiałem się czy nie iść na Halicz ale groźba deszczu, Stasia "awaria" portek i ten wiatr spowodowały, że zaczęliśmy schodzić na dół - wybraliśmy niebieski do Wołosatego. Już na dole krótki odpoczynek i sesja zdjęciowa hucułów, potem do busa do Ustrzyk. Czasowo wycelowaliśmy idealnie, bo jak wypakowaliśmy się z auta przed domkiem to zaczęło padać :)



Agnieszka z Wojciechem i Kamilem poszli jakieś 2h po nas, w dwie strony niebieskim i wracali już w deszczu. Marcin ze znajomymi też czerwonym, jeszcze później i doszli tylko do granicy lasu.
Wieczorkiem ciacha z okazji urodzin Gabrysi i rozmowy przy grillu, który pełnił rolę przede wszystkim grzejnika ;)

Następnego dnia pochmurno i przelotne opady deszczu, po 15 miało przestać padać, więc postanowiłem zaliczyć Przełęcz Bukowską - z mapy wynikało, że jest tam droga więc szlak nie mógł być trudny i raczej bez błota. Dzieciaki odpuściły sobie zupełnie, Wojciech z Marcinem i Kamilem pojechali zwiedzać browar Ursa Major, a do mnie dołączyła Ania z Agnieszką. Po drodze do Wołosatego widzieliśmy ludzi schodzących ze szlaków na Połoniny, Rawkę i Tarnicę - większość uwalona błotem po kolana a niektórzy i po szyję :)
Z parkingu ruszyliśmy w lekkim deszczu, który na szczęście szybko przestał padać, Ania doszła do końca asfaltu i zawróciła do auta a ja z Agnieszką szybkim marszem ruszyliśmy dalej. Po drodze spotkaliśmy całe 5 (słownie pięć) osób, droga fajna - częściowo resztki asfaltu, częściowo kamyki. Zero błota. Sama przełęcz w chmurach więc na połoninę nie wychodziliśmy. Na przełęczy niespodzianka - mega wypasiona ubikacja ekologiczna z dżdżownicami postawiona z grantu szwajcarskiego :) Wyglądała kosmicznie, w sumie to chyba by mnie mniej McDonalds mniej zdziwił :) W drodze na dół nie spotkaliśmy nikogo aż do parkingu, doszliśmy jakieś 30 min przed zmrokiem.



W niedzielę na spokojnie spakowaliśmy się, Marcin ruszył do domu, a my z resztą pojechaliśmy na parking pod Rawką i spacerkiem poszliśmy w stronę Bacówki. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie skoczyć na Rawkę ale to by trochę za dużo czasu zabrało, więc posiedzieliśmy trochę i potem zabraliśmy w stronę domu. Ty razem pojechaliśmy jeszcze większymi zadupiami i na A4 wyjechaliśmy dopiero w Brzesku.